Strach już mówić o „Strachu”

Strach już mówić o „Strachu”

Strach już cokolwiek powiedzieć o „Strachu”. Powiedziano już tyle, że trudno powiedzieć coś, co nie wyda się banałem.
Bez względu na to, czy warsztat naukowy Grossa jest poprawny, czy nie, czy ma on podstawy do czynionych uogólnień czy nie ma, w książce są przedstawione fakty. Tych na ogół nikt nie kwestionuje. To w zasadzie wystarcza. Wystarcza, by potwierdzić smutną, nie dla wszystkich oczywistą prawdę, że Polacy są tacy sami jak inne narody: mają w swym składzie nie tylko bohaterów, ale też bandytów, kanalie i przytłaczającą większość ludzi, którzy chcą w miarę spokojnie i jak się da, to uczciwie przeżyć życie.
Tak też było w trudnych latach wojny i okupacji, a później w okresie bezpośrednio powojennym. Tak było przez cały PRL, tak jest teraz. Te postawy różnie funkcjonowały w zależności od okoliczności zewnętrznych. W czasie okupacji, byli Polacy, którzy Żydom współczuli, ale bali się pomagać, byli tacy którzy pomagali, ryzykując życie swoje i swoich najbliższych. Wśród pomagających byli tacy, którzy robili to z ludzkiej szlachetnej solidarności, ale też tacy, którzy robili to dla korzyści materialnej. Byli tacy, którzy nie współczuli, a nawet cieszyli się, że Hitler wreszcie „rozwiązuje kwestię żydowską”. Byli wreszcie tacy, którzy do tego „rozwiązania” czynnie się włączyli.
Krótko mówiąc, byli Polacy „sprawiedliwi wśród narodów świata”, byli też tacy jak ci z Jedwabnego.
Był też w Polsce przedwojennej antysemityzm, i to nie tylko wśród warstw najmniej wykształconych. Getto ławkowe na uniwersytetach i żądania numerus clausus dla Żydów to było dzieło nie półanalfabetów, tylko studentów.
Był antysemityzm księży i instytucjonalnego Kościoła w Polsce. Wystarczy wziąć do ręki przedwojenną prasę katolicką, teksty kazań, a nawet niektóre oficjalne dokumenty Kościoła.
Był antysemityzm częścią ideologii jednej z czołowych sił politycznych, jaką była endecja.
Wszystko to nie różniło jednak specjalnie ówczesnej Polski od innych państw tej części Europy. Jedyna różnicą było może to, że Żydów w Polsce przedwojennej było relatywnie więcej niż w innych krajach, dlatego skala zjawiska może wydawać się większa.
Potem przyszła wojna i okupacja. Wojna demoralizuje. Śmierć powszednieje, życie tanieje.
Dla znacznej części Polaków prześladowania Żydów, były prześladowaniami obcych, nie swoich. Tak jak dziś Europejczyk, popijając kawę, bez większych emocji czyta w gazecie o okrucieństwach w Sudanie, tak Polak słuchał o mordowaniu Żydów, o likwidacji getta.
Tak jak by to było gdzieś na innym kontynencie, dotyczyło jakichś innych nieznanych mu ludzi, choć było to tuż obok, a ginęli jego wczorajsi sąsiedzi.
Halina Bortnowska wspominała kiedyś, jak w dzieciństwie na odgłos strzałów z getta, matka uspokajała ją to nic, to nie u nas, to w getcie…
To temu Jan Błoński poświęcił przed laty swój esej „Biedni Polacy patrzą na getto”.
Tak było. Oczywiście, może się ktoś oburzyć, powiedzieć: a przecież była „Żegota”, AK pomagało powstańcom warszawskiego getta. Była i „Żegota”, to prawda. Ile osób było w nią zanagażowanych? A ilu czuło i mówiło „to nie u nas, to tam w getcie”? A ilu, korzystając z okazji, grabiło żydowskie mienie? A ilu Polaków pomagało hitlerowcom bezpośrednio lub pośrednio w ich zbrodni? Wystarczy wziąć pod uwagę choćby tylko tych, którzy służyli w granatowej policji, boć przecież nie wszyscy granatowi policjanci wyłącznie współpracowali z AK – jak gotowi są twierdzić dziś niektórzy – i w gruncie rzeczy mieli chyba też inne zadania, które bardziej lub mniej gorliwie wykonywali? Ktoś powie, żydowska policja i żydowska administracja w gettach też pomagały. To także prawda. Ale co z tego?
Przez lata okupacji sumienia traciły wrażliwość. Na przedwojenny podkład antysemicki nałożyły się doświadczenia wojny i okupacji. Utrwalił się stereotyp Żyda nie tylko jako nielubianego obcego, i z tej racji niebudzącego współczucia, ale wręcz podczłowieka, którego można bezkarnie zabić.
Może warto się zastanowić, dlaczego mieszkający od wieków obok Polaków Żydzi wciąż jawili się jako obcy? Przyczyn chyba jest wiele, a wina leży nie tylko po stronie Polaków.
Do tego doszedł nowy czynnik. Ściśle materialny. Mieszkania po Żydach zapędzonych do getta i wymordowanych dawno już zajęli Polacy. Żyd, który przeżył wojnę i chciał wracać do siebie, nie miał dokąd wracać, bo jego mieszkanie było już zajęte. Jawił się więc jako konkurent. Jako ten, który będzie odbierał to, co nowi mieszkańcy uważali już za swoje.
Powracajacy po wojnie Żyd budził niepokój, strach, w końcu nienawiść. Być może w każdym człowieku drzemią złe instynkty. Nie ujawniają się one, są pod kontrolą dopóty, dopóki nie dojdzie do ich zracjonalizowania, do usprawiedliwienia, do wyjaśnienia, że tak naprawdę ich realizacja nie jest niczym złym, przeciwnie – jest potrzebna, pożądana i dobra.
Hasło bolszewików „grab zagrabione” stało się normą zastępującą dotąd obowiązującą normę „siódme nie kradnij” i uruchamiało grabieże na niewyobrażalną skalę. Grabiono wrogów klasowych: burżujów, obszarników, białych… Grabili wszyscy ci, którzy uwierzyli, bo chcieli uwierzyć, że grabienie zagrabionego nie tylko nie jest grzechem, przestępstwem, ale jest rewolucyjna powinnością.
Przejęcie majątku żydowskiego, zabicie Żyda racjonalizowano sobie w prosty sposób, bo Żydzi zabili nam, naszego Pana Jezusa (twierdzenie, że Pan Jezus też był Żydem do dziś oburza wielu prostych ludzi)! Bo Żydzi to wewnętrzny okupant. Bo Żydzi to rdzeń znienawidzonej „Żydokomuny”.
Ideologia endecka, prymitywne pojmowanie religii przy stępionym wojną sumieniu znakomicie racjonalizowało zwykłą podłą pazerność, chęć zagarnięcia cudzego mienia, doskonale usprawiedliwiało usuwanie wszelkich przeszkód do tego celu, z zabiciem Żyda włącznie.
Takie i inne rozważania można snuć po lekturze „Strachu” Jana Tomasza Grossa.
Można też się zastanawiać, na ile Gross ma rację w swych uogólnieniach. Można z Grossem polemizować. Można się na niego oburzać. Można nawet jego książki nie czytać i na znak protestu o niej nie dyskutować.
Niestety jeden tylko człowiek musi tę książkę przeczytać. Jest to prokurator, który ma sprawdzić, czy Gross nie obraził narodu polskiego i czy nie trzeba wszcząć przeciw niemu postępowania karnego. Trochę to wstyd, by książki w Polsce z urzędu recenzował prokurator… Męczy się już chłopina, książkę czyta i musi skończyć przed upływem miesiąca, bo taki termin zakreśla mu kodeks postępowania karnego. Osobiście panu prokuratorowi serdecznie współczuję. Pozostali mają więcej wolności od niego : mogą, jeśli taka ich wola, książki tej nie czytać. Ja jednak, do przeczytania namawiam.

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy