Wielki Bush

W niemieckich wyborach kanclerskich niezwykle równo rozłożyły się głosy wyborców pomiędzy Schrödera i Stoibera. Nieznaczną przewagę Schröder zawdzięcza najprawdopodobniej agitacji antyamerykańskiej, którą doprawiła niewiasta, będąca jego ministrem sprawiedliwości, porównując postępowanie prezydenta Busha do Hitlera. Propaganda niemieckiej suwerenności, podkreślająca, że Niemcy nie tylko nie wezmą udziału w planowanym przez Amerykanów ataku na Irak, ale ponadto wycofają z Afganistanu cztery pojazdy typu Fuchs, służące do wykrywania śladów broni biochemicznej, raczej nieszczęśliwie inicjuje nową kadencję kanclerską.
Antyamerykańskie nastroje są rzeczywiście rozpowszechnione nie tylko na Bliskim Wschodzie, ale i w Europie i sprawiają niemało kłopotów politologom Stanów Zjednoczonych. Eksperci amerykańscy – w obliczu wciąż rosnącej dysproporcji pomiędzy amerykańskimi wydatkami na zbrojenia i ich europejską wątłością – powiadają, że USA nie jest już supermocarstwem, lecz hipermocarstwem. To właśnie ma powodować niechęć „reszty świata”. Wzrost potęgi USA nie biegnie wcale równolegle do wzrostu politycznej roztropności prezydenta Busha. Na łamach periodyków poświęconych stosunkom pomiędzy administracją cywilną i jej wojskową, to znaczy sztabową grupą, panuje spór o to, czy w ogóle można powierzać działania bojowe dowódcom nieumiejącym ogarnąć globalnej strategii. Przegląd historyczny kampanii, poczynając od wojny Północy z Południem, a kończąc na Wietnamie i Kosowie, wykazuje, jak twierdzą historycy, że zasada „mierz siły na zamiary, a nie zamiar podług sił”, sprawdza się najlepiej właśnie na bitewnych polach. I tak wielkie przegrane USA, jak w Wietnamie, miały wyniknąć z niedookreślenia celów strategiczno-politycznych kampanii.
Prezydent Bush pała żądzą uderzenia w rozproszony terroryzm i paradoksalnie usiłuje skoncentrować owo uderzenie głównie na Iraku. Clinton zdawał sobie sprawę, że nie można przeciwnika zwyciężyć, a potem po prostu wrócić do domu. Amerykańskiej potędze łatwiej pokonać nawet dobrze uzbrojone państwo, aniżeli sprawić, ażeby porażka pokonanego nie zamieniła się w chaos, jak to stało się w Afganistanie oczyszczonym z talibów.
Najbardziej ogólny wniosek, jaki można wyciągnąć z tych wydarzeń, jest taki, że należy zawsze wiedzieć nie tylko, kogo zaatakować, ale również, co zrobić potem, kiedy dotkliwie uderzony padnie. Nastaje wówczas tzw. faza nation building, czyli próba zbudowania demokracji na ruinie roztrzaskanej autokracji. Na drugiej części tego zadania najłatwiej można sobie wyłamać wszystkie pancerne zęby, ponieważ przeszczep modelu amerykańskiego nie wszędzie daje się zasadzić.

25 września 2002 r.

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy