Apokalipsa

Przyszłość naszego świata, zwłaszcza polityczna, nie daje się przewidzieć nawet w perspektywie kilkudziesięciu lat. Natomiast przyszłość mierzona milionami lat może już być dosyć dokładnie oszacowana. Amerykański uczony Jeffrey Kargel wraz ze swoim zespołem dokonał komputerowej symulacji dziejów Ziemi, aż do jej całkowitej i nieuniknionej zagłady, oddalonej o siedem i pół miliarda lat od naszych dni. Nadzwyczaj poważne i groźne dla wszelkiego życia przemiany nastąpią na Ziemi znacznie wcześniej. Jak nam wiadomo dzięki postępom geologii, losami stałych lądów zarządza tak zwana tektonika płyt. Całkowita nieruchomość wszystkich kontynentów jest tylko złudzeniem, spowodowanym krótkością życia ludzkiego, jak również naszej cywilizacji. Poszczególne płyty kontynentalne są w samej rzeczy zanurzone w magmie, nagrzewanej aż do roztopienia przez radioaktywność ziemskiego wnętrza i zachowują się zgodnie z prawami hydrodynamiki. Im głębiej są takie płyty zanurzone, tym wyższe mogą na nich powstawać góry. Zachodzi to w przypadku Himalajów, ponieważ na południową część kontynentu azjatyckiego napiera płyta zmierzająca z południa, od równika. Z kolei obie Ameryki oddalają się od Eurazji w tempie prawie dokładnie odpowiadającym szybkości, z jaką rosną nam paznokcie. Równocześnie kontynent afrykański posuwa się na północ i za pięćdziesiąt milionów lat zlikwiduje, ponieważ niejako wyciśnie Morze Śródziemne z jego łożyska. Podług symulacji Kargela, powstanie za ćwierć miliarda lat z połączonych lądów tzw. pangaea ultima, nazwana w ten sposób, ponieważ skorupa lądowa Ziemi, która wynurzyła się miliard lat temu z globalnego oceanu, również tworzyła jednolitą całość ochrzczoną pangaeą. Nieuchronne zderzenie obu Ameryk i Euroafryki nastąpi za dwieście milionów lat, równocześnie zaś zmniejszy się znacznie zawartość dwutlenku węgla w atmosferze, w związku z nieustającym rozgrzewaniem się naszego Słońca. Spalając wodór na hel, Słońce rozognia się coraz bardziej, wskutek czego za miliard i dwieście milionów lat oceany ziemskie zaczną wrzeć, lecz już pół miliarda lat wcześnie dziewięćdziesiąt pięć procent wszystkich roślin zostanie wypalonych.

Nieco później (w skali geologiczne „nieco” to okres rzędu stu milionów lat) Księżyc oddalający się powolnie od Ziemi przestanie stabilizować nachylenie osi naszej planety do ekliptyki, wskutek czego w tym dalekim czasie oś obrotów ziemskich będzie się chaotycznie zataczała. Procesy te będą ponad wszelką wątpliwość zachodziły w sposób nieodwracalny. Słońce będzie wciąż puchło i powiększało się, zarazem potęgując swoją jasność, wskutek czego między czwartym a szóstym miliardem lat w przyszłości skorupa ziemska roztopi się i utworzy ocean magmy. W tej epoce symulacyjnej prognozy mniemania uczonych rozchodzą się. Po pochłonięciu przez wyolbrzymione Słońce obu wewnętrznych planet, to znaczy Merkurego i Wenus, albo i Ziemia zostanie objęta słonecznym pożarem, albo też zatrzyma się on przed nią. Czerwony olbrzym, w jakiego zmieni się podówczas Słońce, będzie nagrzewać tylko zwróconą ku niemu półkulę ziemską – o ile jej wcześniej nie pochłonie. W tym czasie Ziemia, podobnie jak dzisiaj Księżyc, będzie stale zwrócona ku Słońcu tą samą półkulą. Na niej właśnie będzie się gotował ocean magmy, lecz na drugiej stronie zapanuje taki sam okrutny mróz, jak w kosmicznej przestrzeni. Powstaną wówczas we wiecznej ciemności potężne warstwy lodowców, wraz ze zmarzłym azotem, a wreszcie argonem. Ostatki ziemskiego oceanu mogą uchować się wyłącznie na granicy oddzielającej półkulę wiecznie zasłonecznioną od zawsze zaciemnionej. Ostatki życia zginą dużo wcześniej, najprawdopodobniej w epoce zagłady całej roślinności. Nie ocaleją nawet głęboko skryte pod ziemską litosferą bakterie, zwane termofilami.
Symulacja komputerowa przewiduje różne zjawiska piekielne, na przykład w rodzaju deszczu płynnej krzemionki, lecz wszystkich owych przerażających procesów nie ujrzą oczy żadnego żywego stworzenia, ponieważ na Ziemi od milionów lat życia już nie będzie. Czerwone Słońce, dwieście pięćdziesiąt razy większe od obecnego, będzie oświetlało martwą, częściowo roztopioną, a częściowo zlodowaciałą planetę i spokój może nam przynieść jedynie świadomość prawdziwie przepaścistej odległości w czasie od tego piekielnego zakończenia.

17 grudnia 2003 r.

Wydanie: 52/2003-1/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy