Koniec sporu o cokolwiek

Koniec sporu o cokolwiek

W ostatnich miesiącach Chiny zaprezentowały swój nowy patent medialny – wirtualnych prezenterów telewizyjnych (telewizyjnych czy internetowych – nieważne, audiowizualnych). Był mężczyzna, kilka dni temu pokazano kobietę. Na pierwszy, nieuprzedzony rzut oka niemal nie dostrzeżemy, że nie mamy do czynienia z realną istotą ludzką. Mówi, gestykuluje, zmienia intonację, reaguje mimicznie – miód malina; samego przekazu nie oceniam, może być wszak dowolny. Wiadomo od dawna, że kwestią czasu było, kiedy takie projekty ujrzą światło dzienne.

Pojawienie się wirtualnych rozwiązań prezenteropodobnych przynosi pakiet najrozmaitszych pytań i wątków do poruszenia. Z punktu widzenia właściciela, zarządcy wirtprezentera/wirtprezenterki – no po prostu raj. Mówi, ale nie zadaje pytań, nie choruje, może pracować 48 godzin na dobę albo dowolnie dłużej, nigdy nie ma kaca, okresu, nie jest w ciąży, nie ma innych obowiązków. Co najważniejsze, nie żąda jakichkolwiek wynagrodzeń, respektowania praw pracowniczych, ludzkich. Równocześnie wszyscy oglądający mogą go/ją autentycznie polubić, cenić za wyważony przekaz, za nieuleganie emocjom, za nieskazitelną dykcję i poprawność każdej wypowiadanej zgłoski, elegancję, umiar i profesjonalizm. Jednym słowem, za wszystko to, do czego przez ostatnie dekady szlifowano tysiące nieodróżnialnych od siebie ludzi, wykonujących tę pracę i pozornie mających: własne zdanie, emocje, zmienne stany ducha i ciała, poglądy polityczne, sympatie i, he, he, potrzeby. Są piękni, wymuskani i wygłaskani, nawet w niektórych krajach w różnym wieku.

Tyle pracy włożonej w unifikację, w ujednolicenie normy, w wyglądanie na identycznych, w opanowanie języka sztucznych napięć – i jednym cyfrowym ruchem Chińczycy mówią: szach mat, mamy COŚ lepszego, efektywniejszego, dowolnie efektownego lub niewyróżniającego się. Nawet przychodzi mi do głowy pomysł, który innym z całą pewnością przyszedł już dawno i trwają zaawansowane prace nad takim projektem – że wiedząc o nas to wszystko, co zbieracze metadanych z telefonów, komputerów, suszarek do włosów, lodówek i samochodów już o nas wiedzą, dostarczy się każdemu, kiedy tylko będzie odbierać całkowicie spersonalizowany przekaz (wiadomo będzie, że on to ogląda), prezentera/prezenterkę, jakich oczekuje, choć sam może tych oczekiwań nie być świadomy. Metadane wiedzą o nas więcej niż ktokolwiek inny i my sami.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 10/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy