Mnie Witos mówił, że…

Zapiski polityczne
11 listopada 2003 r.

Niepodległościowe święto spędziłem przed telewizorem i w ogrodzie urządzanym już na zimę. To zabawne, ale póki krajem kierowała obecna opozycja, byłem systematycznie zapraszany na wszystkie takie uroczystości na honorową trybunę. Po dojściu – wymyślonej wszak przeze mnie – koalicji do władzy przestały przychodzić zaproszenia na wszystkie uroczystości państwowe, co jest symptomatyczne dla panującego obecnie bezwładu tak fatalnie postrzeganego przez społeczeństwo. Mnie to nie martwi, gdyż wolę mój ogród od nudy oficjalnych uroczystości. Notuję ten fakt jako objaw. Mnie już nic nie dziwi, więc tylko opisuję, co widzę.
Uwielbiany przeze mnie jako artysta Adam Hanuszkiewicz wystawił w Teatrze Polskim coś pomiędzy tradycyjną akademią trzeciomajową a ubranym w uroczystą formę „Kabaretem Olgi Lipińskiej”. Telewizja pokazała fragmenty. Ujęło mnie to, że tytuł tego widowiska i jego myśl przewodnia zostały zaczerpnięte od mego wspaniałego praprapradziada Frycza-Modrzewskiego, wolborskiego wójta. Tu anegdotka rodzinna. Frycz miał wnuka, który został prymasem Polski. Wypromował on aż dwóch monarchów: Sobieskiego i Augusta Mocnego, ale dziadkiem Fryczem wcale się nie chlubił. Wręcz przeciwnie. Unikał konstatacji tego bliskiego pokrewieństwa. Minęły lata i znowu wśród potomków Frycza pojawili się biskupi, aż dwaj bracia Załuscy, których siostra była właśnie moją praprababką. Wujowie Załuscy, tak ich poufale nazwę, już się dziada nie musieli odrzekać, gdyż nastały czasy oświecenia i Frycz w drzewie genealogicznym był w cenie. Ja – chudopachołek – też przyjąłem z dumą decyzję Sejmu RP, by uznać obecny rok kalendarzowy za rok Andrzeja Frycza-Modrzewskiego. Myślałem nawet, czy aby nie poprosić o głos i podziękować w imieniu licznej rzeszy potomków wolborskiego wójta. Nie byłem pewny zrozumienia tego gestu i przemilczałem rodzinną chwałę.
Adam Hanuszkiewicz umieścił w swoim spektaklu fragmenty wystąpień kilku ważnych polityków dwudziestolecia. Strach było słuchać, bo to brzmiało jak sprawozdanie z obrad naszego Sejmu, ba, z wszystkich tych gremiów, w których byłem marszałkiem seniorem. Cóż z tego wynika? Ano to, że polskie wady: polska głupota, polska nieudolność, polskie partyjnictwo, polska pazerność na korzyści materialne, jakie daje sprawowanie władzy, osiągane legalnie czy pod stołem, są, szanowni czytelnicy, wieczne. A jeszcze polska swarliwość i ogromny szacunek okazywany własnym partyjnym interesom bez oglądania się na dobro Rzeczypospolitej. A jeszcze, a jeszcze… można bardzo długo wyliczać i końca nie będzie widać.
Po rozbiorach jednoznacznie zawinionych przez ówczesne choć elity władzy, mówiąc językiem współczesnym – choć dawniej należało raczej mówić o magnaterii polskiej – zastanawiano się, czy i kiedy Polacy wybiją się na NIEPODLEGŁOŚĆ. W trakcie ostatnich stu lat już dwa razy dokonaliśmy takiego cudu. Mamy ową wytęsknioną niepodległość już po raz drugi, a naród jak ją przeklinał ongiś, tak nadal przeklina. Dlaczego? To bardzo istotne pytanie.
Nie trzeba pytać wielkich mędrców o odpowiedź. Wystarczy pogadać z ludźmi czyli – mówiąc patetycznie – z narodem.
Dlatego, że obie niepodległości niosły i nadal niosą temu narodowi co najmniej tyle udręk, ile korzyści, tylko elity są zawsze wygrane, co widać gołym okiem i co doprowadza wspomniany naród: do furii i rozpaczy na przemian.
Owe furie i rozpacze sprawiają, że nie można w demokratyczny sposób ustanowić trwałej władzy, gdyż każda wydaje się tak okropna, iż przy najbliższych wyborach trzeba jej się pozbyć. Trwała może się ostać tylko władza płynąca z wodzowskiego autorytetu, co widzieliśmy przy marszałku Piłsudskim i co skończyło się totalną klęską całego narodu, znowu pozbawionego niepodległości albo – jak to widzimy teraz – barometr polityczny szaleje i każda demokratycznie ustanowiona władza okazuje się siłą nieudolną, co wcześniej czy później musi zrodzić tęsknotę do powierzenia losów kraju w mocne ręce. Póki to były ręce olbrzyma, czyli Marszałka Pilsudskiego, jakoś to szło. Teraz mocne ręce prezentują złośliwe krasnoludki. Na szczęście długo na ich rządy nie będę musiał patrzeć, z uwagi na wiek, a ponieważ mam iść do więzienia za obronę uczciwego człowieka przed sądowym barbarzyństwem, skonam w kryminale i tyle. Naród jednak zostanie i zacznie się – raczej szybko niż powoli – proces pozbywania się tej wymarzonej, ale rychło uznanej za zbrodniczą, władzy owych krasnali.
Następny Adam Hanuszkiewicz znowu po odzyskaniu wolności wystawi jakieś polityczne jasełka w Teatrze Polskim i bez kłopotu rozda aktorom te same role, które były rozdane teraz. Zostaną wydeklamowane wszystkie nasze wady narodowe, a gromada chłopaków z chóru przebranych w mundury legionowe odśpiewa „Pierwszą brygadę” na melodię niemieckiej piosenki, jak to się dzieje teraz. Bo jak głosi z pomnika na placu Trzech Krzyży Wincenty Witos: „Polska ma trwać wiecznie”.
Tu znowu kawałek historycznej anegdoty, bo już mi się nie chce piętnować Polaków: jestem jedynym posłem na Sejm wielu kadencji, który wiele razy rozmawiał z Witosem, czym już nikt z tej tak łatwo. zmieniającej sojuszników partii pochlubić się nie może. Otóż na jesieni 1938 r. były premier wrócił ukradkiem do Polski i mieszkał w Rabce Zdroju, gdzie chodziłem z zakładu ojców benedyktynów do szkoły pana Wieczorkowskiego.
Gdy wracaliśmy ze szkoły, spotykaliśmy w parku zdrojowym spacerującego powoli starszego pana, bardzo nam życzliwego, który okazał się Wincentym Witosem. Nasze pogwarki były takie, jak to wielcy mężowie stanu mają w zwyczaju, gdy mówią z młodzieżą. Jednej rzeczy Witos nie popierał w trakcie tych rozmów. Wolał, by nie mówić do niego „panie premierze”, co czyniliśmy, gdyż bardzo nam imponowało, że z kimś takim możemy swobodnie rozmawiać. Miły Boże! Gdybym miał giętką w zakresie poglądów naturę, mógłbym w chłopskiej partii zrobić karierę. Wszak wiele razy rozmawiałem z Witosem. Kto mógłby mi dorównać, gdybym w każdej sprawie głosił: mnie Witos mówił, że…

 

Wydanie: 47/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy