Polak w Turcji potrafi

Stambuł. Setki słowiańskich twarzy baczących na swe wypchane torby (model Stadion Dziesięciolecia). To suitcase tourists albo ściślej suitcase traders, słyszymy miły głos reprezentantki tureckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, komentujący prezentowane na akranie dane i zdjęcia. Stambuł przeżywa najazd Słowian z państw byłego ZSRR. Handlują i prostytuują się. Teraz zdjęcia atrakcyjnych bladolicych blondynek. Aktualnie termin „Natasza” wyparł z potocznego tureckiego słowo prostytutka, kontynuuje referat Turczynka, a twarz siedzącej obok rosyjskiej reprezentantki podobnego ministerstwa gwałtownie tężeje. Ale jesteśmy na konferencji Rady Europy „Migrants in Transit Countries: Sharing Responsibility for Management and Protection” i trudno powątpiewać w wiarygodność prezentowanych referatów. Jesteśmy w Turcji. Kraju niecierpliwie przebierającymi nogami w przedpokojach Unii Europejskiej. Prezentującym się na wszelkich forach jako kraj nowoczesny, sprawny, otwarty i demokratyczny. Patrząc na sprawność Turków i nienaganną organizacyjnie stronę konferencji, trudno w ich europejskość powątpiewać. Ale to Stambuł, miasto moloch, wizytówka Turcji.
Pierwszy raz byłem w Stambule 26 lat temu. Student z plecakiem wypchanym jak suitcase brata Słowianina. Wtedy to Polki dzierżyły palmę miss burdeli, a brzydsza część naszej nacji zapełniała stambulskie bazary. Dzisiaj polskie najazdy bazarowi kupcy wspominają z nostalgią. Zwłaszcza że po serii zamachów bombowych więcej na bazarach sprzedających niż kręcących się klientów.
Naszych tak licznie w Stambule już nie ma, bo przebitka na towarze słaba, a w burdelach UE można się zatrudnić legalnie, jako samodzielny podmiot gospodarczy. Obrazek Polaka z torbami w potocznej opinii tureckiej zastąpiły dziś westchnienia: „Pojechać do Polonezkoy”.
To dziś niedaleko. Tylko 40 km do centrum Stambułu. Chociaż trudno mówić o centrum w mieście ponaddwunastomilionowym, rozciągniętym na 150 km. Ale Polonezkoy, dawny Adamopol to inny świat. Niczym bawarska wioska tonie w zieleni. Leży na skale, toteż ziemia nie trzęsie się tak często i ponuro jak w Stambule. Doskonała droga, idealnie ułożone chodniki, romantyczne oświetlenie. Kościół katolicki i meczet. Domy letniskowe i liczne restauracje z pokojami gościnnymi. Baseny, korty. Wszystko własność Polaków, potomków osadników sprowadzonych przez księcia Adama Czartoryskiego i Michała Czajkowskiego, Sadyka Paszę. Do tego polski cmentarz, muzeum w domu „cioci Zofii Ryży”. A jeszcze 20 lat temu Polonezkoy tonęło w błocie. A biedacy Polacy wędrowali do Stambułu sprzedać choć trochę masła. Skąd taka przemiana? Z iskrzenia na styku kultur. Podobno któraś z tureckich żon podszepnęła i zaraz po wybudowaniu dobrej drogi do Stambułu w polskiej wsi stanął pierwszy pensjonat. Ponieważ w ludowej tureckiej tradycji podczas podróży na ziemi chrześcijańskiej muzułmanin może sobie pofolgować. Polonezkoy stało się przedsionkiem raju. Tu zaczęli wpadać urzędnicy z asystentkami, aby przedyskutować przy dziczyźnie, winie albo rakki bieżące problemy firmy. Sława tutejszej kuchni, gościnności, dyskrecji rozlała się po całym Stambule. Rychło Polonezkoy uzyskało status najszykowniejszego letniska, modne jest wysłać tam na wakacje żonę z maluchami. Modne są weekendowe wypady, bo doskonałe jedzenie, muzyka i spanie gwarantowane. A jeśli ziemia się zatrzęsie, to tylko przy płaceniu rachunku, bo to lokale z górnej półki. I pewnie dlatego, chociaż w Polonezkoy mieszka już więcej Turków niż Polaków, na wójta znów wybrano Polaka. A właściwie Europejczyka, bo „Muhtan” Daniel Ohotski włada francuskim, angielskim, tureckim i polskim. Kiedy znów usłyszę polskie narzekania na obczyźnie, odpowiem jak Turcy w Stambule: „Jedźcie do Polonezkoy”.

Wydanie: 42/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy