Dobre wiadomości

Warszawa przeżyła wielki festyn z okazji 60. rocznicy powstania warszawskiego. Harcerze przeszli kanałami i stwierdzili, że ich rówieśnikom 60 lat temu musiało być tam niewygodnie. Otwarto Muzeum Powstania, które polskim zwyczajem od razu zamknięto, żeby je naprawdę wybudować. Na świeżym powietrzu odegrano Kilara i Pendereckiego, złożono kwiaty i rozdano ordery.
Należę do rzednącego już pokolenia warszawiaków, które to powstanie widziało całkiem z bliska i któremu to wszystko, co mogliśmy obecnie oglądać, nie kojarzy się z niczym, co było naprawdę. Naprawdę więc wzruszający był w tym wszystkim zjazd dawnych uczestniczek i uczestników powstania, starszych dziś państwa, którym dano możność spotkania się raz jeszcze i wspomnienia młodości, która pechowo przypadła im na czasy okropieństwa i rzezi. Konwicki bodaj powiedział, że kiedyś pisało się ze wzruszeniem: pocałował ją po raz pierwszy, a w oddali zaśpiewał słowik, dla pokolenia powstańców zaś w oddali albo całkiem blisko zamiast słowika wybuchał granat. Ale jedno i drugie było przecież pierwszym pocałunkiem, który po latach wspomina się z łezką.
Dobrą jednak wiadomością w związku z rocznicą jest to, że pośród licznych publikacji udało się jednak powiedzieć kilka prawd, których dotychczas nie mówiono, a jeśli były mówione przez „komunę”, oczywiście uchodziły za nieprawdy. Dziś mówi je nawet oficjalny kodyfikator naszej narodowej historii, Norman Davies, więc wolno mu wierzyć. A więc że powstanie było demonstracją polityczną wobec zbliżających się wojsk radzieckich, dla której nie zawahano się poświęcić życia młodzieży, gotowej oddać je za Polskę. Że miało ono wesprzeć pozycję Mikołajczyka, który w Moskwie targował się wówczas ze Stalinem o wschodnie granice Polski, które już wcześniej zostały zgodnie przesądzone w Teheranie przez Churchilla, Roosevelta i Stalina. Że z tego głównie powodu zachodni alianci nie mieli zamiaru pomagać powstaniu, chociaż Bór-Komorowski naiwnie depeszował do Londynu, iż desant powietrzny może wylądować na Woli. Że Stalin wstrzymał ofensywę, wiedząc, iż powstanie jest po to, aby mu powiedzieć, że jest tu niepożądanym przybyszem. Że godzina „W” wyznaczona na 17.00 była idiotyzmem taktycznym, skazującym już pierwszy szturm powstańczy na masakrę, a dzień wybuchu powstania zbiegł się idealnie z kontruderzeniem niemieckim za Wisłą i zgromadzeniem wokół miasta doborowych dywizji niemieckich. Że wreszcie – o czym się dowiedziałem z komentarza p. Wrońskiego w „Gazecie Wyborczej” (3.08.2004) – na uroczystościach dlatego nie było przedstawiciela Rosji, ponieważ nie został zaproszony; „Dajmy Rosji choć szansę”, pisze słusznie p. Wroński. Itd., itp.
Można świętować historię po to, aby roztkliwiać się nad swoim nieszczęściem albo pompować własną dumę. Można jednak od niej czegoś się uczyć. Ciągle wierzę, że zwycięży ta druga możliwość.
Mamy też drugą dobrą wiadomość, tym razem współczesną. Cichcem, z niewielkich wzmianek w prasie, dowiedzieliśmy się, że przepisy Unii Europejskiej obligują przedsiębiorstwa polskie, prywatne i państwowe, zatrudniające więcej niż 20 osób do ustanowienia wybieranych przez załogi rad pracowniczych, dysponujących sporymi uprawnieniami. Pracodawcy są obowiązani na przykład przedstawiać tym radom budżet swoich firm , sytuację finansową, a także konsultować swoje zamiary, zapewne także dotyczące zwolnień i redukcji.
W ten więc sposób oprócz Europy finansującej, z czego nieoczekiwanie szybko uczymy się korzystać, oraz Europy konkurującej, co odczuwamy we wzroście cen i bardzo prawdopodobnym wzroście podatków od przedsiębiorstw, wchodzi do nas także Europa socjalna, która dla mnie osobiście stanowiła główny powód, aby do niej namawiać.
Owe obligatoryjne – podkreślam to raz jeszcze – rady pracownicze są bowiem owocem walki o państwo socjalne, jaką lewica w krajach Zachodu toczyła z liberalnym kapitalizmem. Jej hasłem w tej walce była, wdrożona także w Niemczech, francuska autogestion, czyli udział pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem, które niezależnie od własności jest przecież ich miejscem pracy, źródłem utrzymania, częścią życia. W którym pracownik musi być współgospodarzem.
U nas lewica za swój wyróżnik, o którym bąka coś okazjonalnie, uważa „wrażliwość społeczną”. „Wrażliwy społecznie” może być najgorszy wyzyskiwacz i łajdak, który w rozrzewnieniu daje jałmużnę staruszce, kupuje dziecku czekoladkę lub bierze psa ze schroniska. Autogestion natomiast jest postulatem politycznym, wręcz ustrojowym. Wychodzi z założenia, że pracownik też jest człowiekiem, a nie tylko źródłem kosztów dla pracodawcy, które należy redukować.
Od 15 lat, także w czasie rządów „wrażliwej społecznie” lewicy , nasz kapitalizm prowadzi systematyczną redukcję pracowniczych praw socjalnych, ułatwia zwolnienia, oszczędza na ubezpieczeniach, zmniejsza lub likwiduje prawo do wypoczynku. Wygonił też skutecznie z prywatnych przedsiębiorstw związki zawodowe i hipermarkety na przykład, ze słynną Biedronką, stały się widownią bezczelnego wyzysku. Lęk przed utratą pracy, o co dziś nietrudno przy 3 mln bezrobotnych, każe ludziom kłaść uszy po sobie i godzić się na wszystko.
Obligatoryjne rady pracownicze, które pod rygorem przepisów unijnych musi wprowadzić nasze prawo, są więc dobrą wiadomością, która przychodzi do nas jako prezent. Ten prezent oczywiście można zmarnować. W „Gazecie Wyborczej”, która – ku jej chwale – serio zajęła się tą sprawą, czytam dwugłos, w którym p. Witold Gadomski określa rady pracownicze jako „czysty absurd”, na który stać bogate kraje Zachodu, ale nie nas, biedaków z 20-procentowym bezrobociem, i że ten wymóg socjalny jest wymysłem „eurosklerotyków”, jak określa się obecnie wszystkich broniących praw socjalnych przeciwko rozpasanemu kapitalizmowi. Cenię publicystykę p. Gadomskiego za to, że jest on jak barometr i jeśli cokolwiek szkodzi nieograniczonej swobodzie kapitału, p. Gadomski jest zawsze na miejscu.
Rady pracownicze są prezentem, na który nasza lewica nie zapracowała i może go spaskudzić. Może nie zauważyć, że one właśnie powinny być jej przyczółkiem, skoro nie stać jej na nic więcej. W Sejmie ustawa może się rozwodnić, oczywiście przy poparciu lewicowych posłów, którzy w zamian za to dostaną jakąś posadę w rządzie albo obok. Wybory do rad pracowniczych mogą też stać się fikcją, pracodawcy mogą wprowadzić do nich zblatowanych potakiwaczy i będą mieć z tym spokój.
Jednak na razie jest to wiadomość znacznie lepsza niż to, że w kimś po obiedzie odezwała się „wrażliwość społeczna”.

Wydanie: 33/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy