Negocjator potrzebny od zaraz

Teledelirka

Kiedy jedziesz przez Śląsk, widzisz krajobraz, jaki został po bitwie socjalizmu z kapitalizmem. Ofiary tej do końca nierozstrzygniętej wojny mają smutne twarze, a w oczach brak nadziei. Gdy to widzisz, przyznajesz rację górnikom, którzy zablokowali drogi wylotowe prowadzące do zrujnowanego materialnie i moralnie regionu. Chodzą po jezdni, powodując gigantyczne korki. Ludzie jadący z pracy przeklinają ich i pytają: „Dlaczego blokujecie własne ulice, dlaczego, do kurwy nędzy, nie jedziecie do Warszawy?!”.
Lecz gdy widzę w Warszawie pochód z kijami, a potem ręce rzucające koktajle Mołotowa, jestem przeciw.
Górnik to ktoś, kto nie wyobraża sobie, że droga, którą można przyjechać na Śląsk, jest także drogą, którą można Śląsk opuścić. To ta sama droga, choć górnikowi nie mieści się w głowie, że może robić co innego niż fedrować, a jego żona uważa, że kilkunastoletni syn nie ma przyszłości, bo zamyka się kopalnię. Tymczasem jest nadmiar górników i nadmiar węgla.
Ludzie warszawscy, elastyczni, co z niejednego pieca chleb jedli, ci zmieniający firmy jak rękawiczki – kiedyś kupowało się je na tuziny – nie mogą pojąć, o co chodzi tym ludziom o czarnych od pyłu twarzach, którzy mają bardzo niebezpieczną pracę. Powinni być szczęśliwi, że podczas restrukturyzacji zostaną wysłani na wcześniejszą emeryturę. A oni wcale nie chcą, wolą swoje życie wystawiać pod ziemią na loterię jak ojciec i dziadek.
„O co im chodzi?”, zastanawiają się tęgie gadające głowy. To proste: o godność. Byli kimś jako kasta. Mieli lepiej niż inni i teraz taka nędza! Ich region został zdegradowany, stąd we wspomnieniach czuły sentyment do Gierka.
Zastanawiam się, dlaczego na Śląsku nie przygotowano młodzieży do innych niż górnictwo miejsc pracy, dlaczego wciąż czynne są szkoły górnicze. Myślałam o tym, co działo się w Anglii za panowania Żelaznej Lady. Bogaty kraj nie mógł poradzić sobie z problemem.
A u nas górnictwo, służba zdrowia, oświata to nie są już gorące ziemniaki z ogniska, które podrzucają sobie politycy różnych opcji, to bomba zegarowa, która właśnie zaczęła tykać.
Znalazł się saper nazwiskiem Hausner. Wiem, że górnicy szczuci przez bossów nienawidzą go jak Lepper Balcerowicza. Niesłusznie, bo to saper profesjonalny, kto wie, czy nie jedyny, któremu może się udać. Odważny jak diabeł, nie wyobrażam sobie, czy inny minister pojechałby w tak groźne miejsce. Wystarczy iskra, przywódca związkowy, żeby doszło do tragedii. Widzieliśmy już kiedyś pomoc, jaką zaoferowali hutnicy szwaczkom, samosąd jest nie do przyjęcia.
Zresztą i sytuacja jest nieporównywalna. Tam pretensje do prezesa były uzasadnione, w przypadku ministra Hausnera niszczenie go jest strzelaniem samobója, nawet gorzej, bo to nie futbol, to nie gra, tu chodzi o rację bytu. Hasło z transparentów: „Hausner do roboty za pięćset złotych” jest demagogiczne, bo nie ma żadnego powodu, żeby specjalista tej klasy miał zarabiać takie marne pieniądze. Rozżalone pielęgniarki mówią, że chciałyby dostawać tyle, ile dostają górnicy, gdy jakiś szef związkowy – pamiętam, bo słyszałam na własne uszy – mówił, że niedoczekanie, by górnik pracował za 2,5 tys. Pamiętam, jak wówczas oburzyli się uczeni – bo tyle dostaje doktor po studiach – że górnictwo i dopłacanie do każdej tony węgla powoduje, iż nie starcza już na naukę i na kulturę.
A przecież byłoby dobrze, gdyby syn z rodziny górniczej, dla którego matka nie widzi przyszłości, wykształcił się na uniwersytecie i został filozofem, jak marzyła Magda Środa w programie „Co pani na to?”. Ciekawe, że wszystkie kobiety biorące w nim udział, bez względu na skłonności do prawicy, lewicy czy centrum, uważają, że Hausner jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, że jest uczciwy. My, kobiety, mamy intuicję, już nie raz sprawdziło się to, co prorokowałyśmy.
Uważam, że potrzebny jest negocjator z prawdziwego zdarzenia, ktoś taki jak policyjny specjalista od psychicznego rozładowywania, który doprowadził do tego, że terrorysta nie zastrzelił strażnika w studiu telewizyjnym. Powinien to być negocjator składany, nie sam Kazimierz Kutz, bo on jest zawodowym politykiem, za bardzo kocha Śląsk, a za mało zna się na gospodarce, nie ma pomysłu na sanację, lecz wielogłowy negocjator, złożony z ludzi społecznego zaufania – pośredniczyłby w rozmowach pomiędzy ministrem Hausnerem, rządem a górnikami.
Oczywiście, można śnić o potędze, wyobrażać sobie, że rozpieprzy się kraj strajkiem generalnym, do czego nawoływali pomniejsi działacze na zjeździe „Solidarności” w Stalowej Woli. Licytowali się, kto bardziej wszystkich obsobaczy. Wołali, że sprzedano nas haniebnie do Europy, że trzeba sparaliżować, obalić, dać nauczkę. Tak było na sali obrad, a poza nią wesołe rozmowy i pełen luz. Bo działacze są zamożni, dobrze ustawieni, radzą sobie z pewnością lepiej niż górnicy. W ich interesie jest trzymanie na muszce. A saper pracujący z lufą przyłożoną do skroni może popełnić błąd.
Dlatego szefowie wyżsi rangą, jak rozsądny Śniadek czy radykalny Grajcarek, nie chcą strajku generalnego. Mają świadomość, co wyniknie z paraliżu. Upadnie rząd, rozpisze się nowe wybory. I co? I nico. Wygra SLD i wszystko zacznie się od początku. Historia się powtarza, ale już tylko jako farsa, jak pisał Marks. Tu jednak może dojść do tragedii. Dlatego trzeba zrozumieć, że saperowi Hausnerowi potrzebny jest fachowy negocjator i spokój do rozmów. Związki zawodowe muszą wziąć środek na wstrzymanie, a nie na przeczyszczenie.

 

 

Wydanie: 41/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy