Co nas trzyma przy życiu

Co nas trzyma przy życiu

Próbowaliście kiedyś opowiedzieć komuś książkę? Jak wam poszło? Streszczaliście fabułę? Omawialiście charaktery bohaterów? Może zapamiętaliście fragmenty dialogów, takie, które dobrze się cytuje? Opisaliście tło powieści czy ważniejsza wydała się wam intryga, która podtrzymuje całość na solidnym rusztowaniu? Jak często udawało się przekazać komuś doświadczenie lektury?

Takim próbom najczęściej towarzyszy poczucie porażki. Oczywiście trudno streścić np. „Moby Dicka”, nie tylko dlatego, że jest to powieść obszerna, publikowana w dwóch tomach. „Moby Dick” mieści w sobie wiele książek, encyklopedyczne opisy waleni, traktaty filozoficzne, dziesiątki dygresji, które rozwijają nowe wątki; a oprócz tego cała ta opowieść-widowisko jest metaforą i podczas lektury wiemy, że mówimy o czymś jeszcze prócz tego, o czym mówimy.

Czy to dlatego, opowiadając fabułę, w istocie gubimy po drodze całą książkę? Jakbyśmy chcieli opisać czyjś charakter poprzez sposób, w jaki kupuje ziemniaki. Ale przecież często zdarza nam się dorzucić kilka zdań o formie, jeśli się wybija: Herta Müller posługuje się krótkimi, prostymi zdaniami, które zderzają się ze sobą w pośpiechu, oddając atmosferę zagrożenia. Elfriede Jelinek nie używa wielkich liter ani przecinków, jej zdania dosłownie wpływają na siebie, przez co tekst staje się horyzontalny i dziwnie fizjologiczny. A Thomas Bernhard tak obsesyjnie zapętla, że kolejne wersje tego samego zdania, powtórki, covery, trawestacje, przyprawiają nas o szaleństwo – oto jesteśmy w głowie bohatera, miało być pięknie i dziwnie i tak właśnie jest. O wszystkich tych książkach nadal w jakimś stopniu udaje nam się opowiedzieć: rozwiązania formalne są wyraziste, a treść można „zebrać” z powierzchni jak kożuch ze szklanki pełnej ciepłego mleka. Jesteśmy też w stanie wyłonić coś bardziej uniwersalnego, przekaz, który przynosi powieść.

Wszystkie te „sposoby” opowiadania o książkach wiele mówią o naszych czytelniczych przyzwyczajeniach. I kompetencjach kulturowych, które zdobywamy, poznając i analizując kolejne powieści. Nasz mózg automatycznie zamienia słowa na obrazy, próbuje uchwycić ogólniejszy sens, bada granice prawdy i fikcji. A jednak wciąż zdarzają się książki, których nie da się opowiedzieć, choćby dlatego, że autorzy przerywają tok opowieści, wymieniają bohaterów, porzucają swój świat i nabudowują następny. Utrzymują znaczenie i jednocześnie ośmieszają je, zamieniają swoją książkę w książkę kucharską albo serię spisanych z natury, niezwiązanych ze sobą dialogów. Takie książki stawiają opór, wiemy, że nasze systemy nawigacji ich nie obsłużą. I wreszcie – że fabuła nie będzie nas utrzymywać przy życiu, bo jest pretekstowa albo w ogóle jej nie ma.

Czuję, że komuś tu ciśnie się na usta pewne pojęcie parasol: postmodernizm. Ale jest już nieoperatywne, poznawczo jałowe i nie wniesie niczego do dyskusji. A właśnie jak na złość przyjrzyjmy się teraz czołowemu moderniście, który w liście do kochanki, Louise Colet, tak charakteryzował powieść doskonałą: „Tym, co wydaje mi się piękne, co chciałbym stworzyć, jest książka o niczym, książka bez żadnej zewnętrznej podpory, którą scala wewnętrzna siła stylu, książka podobna do kuli ziemskiej, wiszącej w powietrzu, choć nic jej nie podtrzymuje, książka nieomal pozbawiona tematu albo z tematem prawie niewidocznym, jeśli to wykonalne. (…) To dlatego nie ma ani pięknych, ani odrażających tematów, można by nawet przyjąć za aksjomat, stojąc na gruncie czystej Sztuki, że wcale nie ma tematów, a styl pozostaje jedynym absolutnym sposobem oglądu rzeczy. (…) Potrzebowałbym książki, by rozwinąć te myśli. Napiszę o tym, kiedy się zestarzeję i nie będę miał nic lepszego do roboty”.

Jak wiadomo, Flaubert nie zestarzał się i nie napisał swojej rozprawy, ale tę myśl rozwijał dalej – w korespondencji z przyjaciółką George Sand. Bardzo Państwu te listy polecam, tym bardziej że 20 października w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk zaczyna się konferencja naukowa „Słońce George Sand i jej planety. Wokół środkowo-wschodnioeuropejskiej recepcji George Sand” i można przyjść posłuchać.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy