Więcej wiemy, mniej rozumiemy

Więcej wiemy, mniej rozumiemy

Samolotami latają nie stopnie wojskowe ani szarże, ale zwykli ludzie. Tak zwykli i śmiertelni, że jak złamią żelazne procedury, to żadna funkcja i godność nie jest w stanie ich uratować. Ujawnienie zapisów z czarnych skrzynek samolotu, który rozbił się pod Smoleńskiem, zostało wymuszone na władzach przez presję części mediów i polityków. Tych samych, którzy nawet po lekturze tych zapisów i tak żadnej racjonalnej wersji wydarzeń na pokładzie Tu-154 nigdy nie uznają. Środowiska lubujące się w tworzeniu najbardziej absurdalnych hipotez nie robią przecież tego dla czystej sensacji. Katastrofę smoleńską traktują jako element nowego planu politycznego łączącego ją w jedną całość z mordem katyńskim na polskich oficerach. Stąd nieustanne podważanie wszystkich działań prowadzonych przez stronę rosyjską i jej kompetencji oraz doszukiwanie się niechęci do pełnego wyjaśnienia przyczyny katastrofy. Przyczyny, którą zresztą od początku znają i lansują jako perfidny rosyjski zamach na prezydenta Kaczyńskiego. Dla nich przedstawione zapisy czarnych skrzynek to nic więcej jak kolejne szalbierstwo i próba ukrycia zamachu i jego sprawców. Będą w to wierzyć przez pokolenia. Kierowanie się więc ich aberracjami nie ma najmniejszego sensu. Podobnie jak nie ma sensu ściganie się z czasem i bicie rekordu świata w szybkości wyjaśnienia przyczyn tak wielkiej katastrofy lotniczej. Czy któraś z licznych przecież katastrof w innych krajach była wyjaśniona przed upływem dwóch miesięcy?
Z niedopracowanych badań i analiz, przedwczesnych wypowiedzi i zwykłych przecieków rodzić się mogą tylko kolejne spekulacje podważające wiarygodność prac komisji i prokuratury. Gdyby przy badaniu przyczyn katastrofy kierować się wyłącznie pragmatyzmem i racjonalnością zachowań, a nie zaspokajaniem ciekawości sensatów, to w wyraźny sposób trzeba było określić czas niezbędny do wykonania bardzo skomplikowanych prac. I tego należało się twardo trzymać. Ofiarom katastrofy nie zwrócą życia dodatkowe miesiące prac, a kompetentny i uczciwy do bólu raport może uratować innych.
Najważniejsze teraz jest przecież to, by podobna sytuacja już się nie powtórzyła. Może mogło jej nie być, gdyby wyciągnięto wszystkie wnioski z katastrofy casy pod Mirosławcem z 2008 r. Gdyby piloci z 36. Pułku Specjalnego, którzy wożą VIP-ów, byli podobnie jak wszyscy inni piloci lepiej szkoleni, a także skutecznie chronieni przed sobiepaństwem tychże VIP-ów. Nie byłoby wielu problemów, gdyby VIP-y ściśle przestrzegały procedur i tego, że ich miejsce z pewnością nie jest w kabinie załogi. A za zachowania typu „pan nie wie, kim ja jestem” powinno się wylatywać z polityki, bo miejscem odpowiednim dla szaleńców samolot na pewno nie jest.
W stenogramie z czarnych skrzynek nie ma sensacji, bo to, co nią jest, czyli obecność osób trzecich w kabinie załogi, już wcześniej przeciekło do mediów. Przerażać musi jednak ten fragment, gdy załoga wspomina wcześniejsze łamanie procedur przy innym lądowaniu. Wtedy się udało. W Smoleńsku nie. Tego lądowania nie powinno być.
Niestety było. Świadomie złamano wiele procedur. Co trzeba więc zrobić, by kolejny pilot prowadzący samolot potrafił powiedzieć: „Nie lądujemy”?

Wydanie: 23/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy