Prezydent Klaus ma rację

Prezydent Klaus ma rację

Bez uprzedzeń

Zaraz po upadku systemu radzieckiego Zbigniew Brzeziński wystąpił z propozycją, aby Polska i Czechosłowacja weszły w bliższe związki, stworzyły unię, konfederację lub inny ścisły związek państw. Ta propozycja wynikała z prawdziwego rozpoznania zbieżności interesów Polski i Czechosłowacji, zwłaszcza gdy chodzi o stosunki z Niemcami i Rosją, ale również z innych przesłanek. Połączone Polska i Czechosłowacja odgrywałyby większą rolę w Europie niż każde z tych państw osobno i skuteczniej służyłyby interesom swoich narodów. Propozycja nawiązująca, nawiasem mówiąc, do pewnych polskich idei z czasów wojny nie została przyjęta choćby jako temat debaty, ponieważ była zbyt racjonalistyczna. Niezależnie od tego, że Czesi i Polacy przeżywali wówczas szczytowy moment egzaltowania niepodległości (stan ducha, który można było uznać za przejściowy), występowały jeszcze inne przeszkody, zarazem żywotne i irracjonalne. Czesi, którzy nawet do państwa wspólnego ze Słowacją nie byli przywiązani, nie widzieli interesu w związaniu się z Polską, ich zdaniem, mniej cywilizowaną. Do tego dochodzą głębokie różnice temperamentów narodowych (czynnik wybitnie irracjonalny, lecz rzeczywisty, widoczny nawet u dysydentów) oraz odmienności wyobraźni politycznej. Te różnice podlegają ocenie i moim zdaniem, ocena wypadnie na korzyść Czechów. Ich polityczny Weltanschauung jest bardziej realistyczny od polskiej ideologii, bardziej sprzyja wyczuciu niebezpieczeństw, zawiera w sobie trafniejsze kryteria użyteczności i bezużyteczności. Jeżeli chodzi o polską stronę, to ducha bliskości i współdziałania z Czechami nie było i nie ma.
Gdy Niemcy zażądali od Czechów unieważnienia dekretów Benesza, czyli uznania przesiedleń Niemców Sudeckich za bezprawie, polski rząd powinien był zdecydowanie stanąć po stronie Republiki Czeskiej. Nie zrobił tego. Premier posłużył się wybiegiem, mówiąc, że Niemcy Sudeccy byli obywatelami Czechosłowacji, co czyni zasadniczą różnicę z wysiedleniem Niemców z Polski, gdzie oni obywatelstwa nie mieli. Można stoczyć scholastyczną dyskusję na temat, czy państwo ma większe prawo do swoich obywateli, czy do obcych. Nasi rządzący należą do pokolenia, które wojny nie zaznało. Uczyć się historii najnowszej jest bardzo trudno, bo i ta pisana w PRL, i ta narzucana obecnie jest w dużym stopniu fałszywa. Nie pamięta się już, że była to wojna nie tylko między państwami, ale przede wszystkim między narodami pojmowanymi etnicznie i na sposób rasistowski. Czesi, podobnie jak Polacy, byli przez Niemców zaliczani do niższej słowiańskiej rasy. Teraz Czechom stawia się zarzut, że znalazłszy się w wyniku wojny w obozie narodów zwycięskich, nie przeszmuglowali do tego obozu sudeckiej części przegranego Herrenvolku, co – teoretycznie biorąc – mogli zrobić pod przykrywką czeskiego obywatelstwa.
Gdańska deklaracja w sprawie wysiedleń podpisana przez prezydentów Polski i Niemiec jest przepełniona dobrymi intencjami i w Polsce nie rozumie się, dlaczego prezydent Republiki Czeskiej jest z niej niezadowolony. Stwierdza się w niej przecież: „nie mogą mieć więcej miejsca materialne roszczenia, wzajemne oskarżenia i przeciwstawianie sobie doznanych strat i popełnionych przestępstw”.
Prezydent Vaclav Klaus jest jednym z kilku najwybitniejszych polityków, jacy pojawili się w Europie Środkowej po upadku systemu radzieckiego. Pisałem kiedyś, na czym polegają różnice miedzy nim a Havlem. Jego stanowisko ideowe można określić jako wyrafinowany intelektualnie realizm. Wśród polskich czynnych polityków nie ma ani jednego, który reprezentowałby podobną formację. Realizm polityczny zawsze występował w Polsce w ilościach śladowych, a współcześnie został starty z powierzchni polskiej ziemi przez politykę intencji, przez europejski snobizm, konwenans dobrej przynależności i podobne śmieszne względy.
Trudno oczekiwać od prezydenta Klausa, żeby brał poważnie dzisiejsze zapewnienia deklaracji gdańskiej, że w przyszłości nie będą miały miejsca materialne roszczenia, wzajemne oskarżenia itp., skoro w tej samej deklaracji wzywa się narody, aby „razem na nowo ocenić i udokumentować wszystkie przypadki wysiedleń, ucieczek i wypędzeń, które miały miejsce w XX wieku…”. Gdyby rzeczywiście wszczęte zostały „rozliczenia z przeszłością” na postulowaną skalę, to nie tylko nie można wykluczyć wzajemnych oskarżeń i roszczeń odszkodowawczych, ale z całą pewnością należałoby tego wszystkiego się spodziewać. Rachunki za przeszłość. Rachunki za przeszłość wystawiać mogą wszyscy, ale egzekwować potrafią tylko silniejsi. Postulaty wyprowadzone z zasad moralnych mają mniejszy wpływ na postępowanie ludzi (i rządów) niż logiczne albo nielogiczne wnioski, jakie im się narzucają w wyniku rozpamiętywania krzywd.
Prawdopodobnie będzie tak, że życie przyniesie nowe, nieprzewidziane kłopoty, nowe cierpienia i nie daj Boże nowe zbrodnie, usuwając z pola uwagi dzisiejszą problematykę rozrachunkową. Do tej pory w historii tak przeważnie było, że nowe zbrodnie wypierały z pamięci narodów stare okrucieństwa i nie widzę przesłanek, żeby w przyszłości miało być inaczej. Są odstępstwa od tej prawidłowości: Poncjusz Piłat jest od dwóch tysięcy lat postponowany za wiadome umycie rąk i Żydom się nie zapomina, że ukrzyżowali Chrystusa. Zawsze ostrzegam przed chrześcijaństwem w polityce.
Prezydent Klaus ma rację, sądząc, że wszczynanie rozliczeń z powojenną przeszłością, niezależnie od intencji, jakie temu towarzyszą, stawia pod znakiem zapytania słuszność rozstrzygnięć, jakie zwycięzcy narzucili pokonanym czy „wyzwolonym” Niemcom. Czy ktoś jest zdolny przewidzieć, do czego Europę Środkową może doprowadzić w deklaracji gdańskiej polityka rozliczeń z przeszłością? Nie należy porównywać rzeczy nieporównywalnych, ale ku ogólnikowemu pouczeniu można przypomnieć, że rozpad Jugosławii był poprzedzony ożywieniem „pamięci o ofiarach” i deklaracjami, że ma się to więcej nie powtórzyć. A jednak się powtórzyło. Ludzie mają prawo wspominać przeszłość dobrą i złą, ale rządy powinny nie pozwolić, aby te wspomnienia stały się prawdą oficjalną, nadającą wsteczny kierunek polityce narodowej i międzynarodowej. Niemcom rozliczanie się z przeszłością zostało narzucone za karę. Podporządkowali się, wytworzyli dosyć spójną ideologię rozliczeniową (która im się właśnie zaczyna nudzić) i wynikającą z niej „politykę wobec przeszłości” (to się chyba po niemiecku nazywa Vergangenheitspolitik). Nie ma powodu, aby nie będąc przymuszonym, obarczać się nową, międzynarodową Vergangenheitspolitik, a jeżeli już to robić, to z uwzględnieniem czeskiego punktu widzenia.

 

 

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy