Gwiezdny pokój

TELEDELIRKA

A. jest wielką gwiazdą hollywoodzką, w sukni bez ramion i pleców, od YSL lub Armaniego, w brylantowej kolii i kolczykach, za które można by uzbroić oddział marines wyjeżdżający do Afganistanu, odbiera Oscara za Oscarem. Jest równie dobra w szalonej komedii, co i w dramacie. Jej ćwiczony uśmiech zaraził pół świata i teraz wszędzie można go spotkać jako dodatek do McDonalds’a, którego personel kształcił się na Hamburger Uniwersity. Kto myśli, że to dowcip, nie zna się na rzeczy. Jedna dziewczyna pracująca w takim barze zwierzyła mi się, że po całym dniu pracy najbardziej bolą ją szczęki, a uśmiech trudno odkleić od twarzy.
A. ma olbrzymią garderobę i miliardową publikę. Wyznacza kierunek gry w skali globalnej. Wymaga, by jej słuchano, a widzowie są – jak wiadomo – różni. Jedni kochają, inni nienawidzą, choć A. jest dla nich bardzo dobra i już od połowy XX wieku pozwala siedzieć na widowni obok siebie czarnym, czerwonym (paru zostało w rezerwatach) i żółtym. Wszyscy mogą brać udział w przedstawieniu, ale zawsze znajdą się ponure typy, które chcą więcej, niż im się daje.
Jeszcze nie tak dawno A. konkurowała z R., drugą wielką gwiazdą, grającą w nieco innym stylu, preferującą szkołę Stanisławskiego, zamiast uśmiechu częściej widziało się na jej twarzy łzy. Była też bardziej proletariacka. Ta właśnie czerwona gwiazda R. nosiła na glinianych nogach walonki, ale ciało okrywała sobolowym futrem, bo soboli na bezkresach dostatek. Bywało, że i R. na Oscara zdarzyło się załapać, za kosmiczną rolę z psem na ten przykład.
Tak to R. spędzała sen z powiek seksbomy A. Ta po nocach rozmyślała, co zrobić, żeby konkurentkę zepchnąć ze sceny. Przez długie lata między dwiema diwami trwała zimna wojna na miny. To znaczy nie na miny, które urywają dzieciom nóżki, ale na takie, jakie stroją ssaki stojące na czele stada, by odstraszyć konkurencję do terytorium.
P. była ubogą przyjaciółką A., lecz przyjaźń P. była tajna i biedaczka musiała ją ukrywać, bo niedobra R. nie pozwalała jej zadawać się z uwielbianą platonicznie A. P. grywała ogony obok czerwonej proletariackiej gwiazdy R., chodziła w baranim kożuszku i marzyła o wielkiej roli. Bywała także garderobianą R. Któregoś sierpnia, gdy R. trawiona gorączką słabowała w łożu, udało się uciemiężonej P. zagrać główną rolę w serialu o niepodległości. Wiele krajów kupiło ten wzruszający kawałek. R. też miała dość i zbuntowała się, ale upadła na scenie i zwichnęła jedną z glinianych nóg. Pozbierała się i jako okaz zdrowia przyszła do siebie. Klimat tam nadzwyczajny, mroźny i – jak głosi stereotyp, a nie ma nic bardziej zrozumiałego jak stereotypy – wirusy i bakterie padają jak muchy, a co nie padnie, to się utopi w Smirnoffie.
R. twarda jest jak mało kto, nie odda roli za frajer. Czuje się lepiej i teraz ona do A. rękę z pomocą wyciąga, gwiezdny pokój proponuje, ponieważ A. też spotkało nieszczęście. Niedobrzy ludzie, co to nie znoszą jej wspaniałego skądinąd aktorstwa, wysadzili w powietrze dwa należące do niej wieżowce. I grożą, że na tym się nie skończy. Może samolot spadnie, a może coś jeszcze gorszego się zdarzy. A. się wściekła i poprzysięgła zemstę, zapowiadając krucjatę. Wypadło to może trochę niezręcznie, bo krucjata kojarzy się z wycieczkami do Ziemi Świętej, z krzyżem jako przewodnikiem. Każdy rycerz lub nawet chłop mógł się ilością nawróconych głów pogańskich wykazać. Nawet dziecko wędrowało na krucjatę dziecięcą, bo jak wówczas naiwnie sądzono, było dziecko bezgrzeszne i ta niewinność miała pokonać Saracenów psubratów.
Dziś, kiedy my ludzie, powiedzmy, cywilizowani, widzimy dzieciaki palestyńskie czy afgańskie siedzące na czołgu z kałaszem w małych rączkach, wstrząsamy się ze zgrozą i odwracamy od ekranu telewizyjnego, bo dziecko – jak sądzimy – powinno być wyłączone z walki na froncie. Organizacje broniące jego praw walczą o to, by małolatów nie wykorzystywać do ciężkich prac i strzelania ostrą amunicją. Ale jak na razie małolat pętający się w pobliżu frontu ma tylko prawo do stania się ofiarą.
Wróćmy do drobnego faux pas krucjatę zapowiadającego. Z krzyżem z soboru W Clermont ruszyła wiara nawracać niewiernych, a pierwszą z Krucjat zorganizował kto? Otóż niejaki Urban! Ten to się wszędzie wkręci. Niezręczność więc z tą krucjatą powstała, ale cóż, trzeba mieć wyrozumiałość, aktorka nie powinna w zasadzie mówić własnym tekstem, lepiej Szekspirem by poleciała, albo choćby Millerem Arturem, czy to krewny jakiś, nie wiadomo, ale talent premiera do metafor może na to wskazywać. Co zaś do Wypraw, to my nie braliśmy nikogo w krzyżowy ogień, bo nie wzięliśmy w nich masowego udziału. Leszek Biały, imiennik wiadomo kogo, szczwany władca, wykręcił się sianem, mówiąc, że do Ziemi Świętej jechać nie może, bo nie ma tam ani miodu, ani piwa, a woda mu na zdrowie szkodzi. Tako prawi Długosz.
P. oprócz jednej wielkiej roli sierpniowej grywała raczej ogony. Chciałaby teraz na salony, w dobre towarzystwo się dostać, bo koniec końców zawsze o towarzystwo chodzi, ale za słaba jest, za biedna jeszcze, obiecali, że ją w 2004 r. wpuszczą. To uboga krewna, spora część jej rodziny dawno temu za chlebem do A. wywędrowała. Ubiera się w zależności od tego, z kim przestaje. Kiedyś był to kożuszek lub futerko z misia, dziś nosi dżinsy. Kiedyś zamiatała garderobę wielkiej czerwonej gwiazdy w sobolach, a dzisiaj co? O żesz ty, jak równa pomiędzy równymi, w mundurze NATO, na wyprawę wyruszyć może, albo jeszcze lepiej, główną rolę zagra i w Matę Hari się wcieli.

 

Wydanie: 47/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy