Socjotechnika zamiast referendum

Socjotechnika zamiast referendum

O niedawnej wizycie prezydenta Kaczyńskiego u prezydenta Busha można napisać, że mają oni ze sobą wiele wspólnego. Obydwu panów łączy przecież nie tylko bardzo mizerne poparcie społeczne we własnych krajach, ale także, delikatnie mówiąc, równie mało życzliwa ocena ich polityki w krajach ościennych. Wypominam im tę dość powszechną dezaprobatę, bo nie bacząc na bardzo słaby mandat społeczny, prą do bardzo poważnej decyzji i ulokowania w Polsce tarczy antyrakietowej. Po pozornych negocjacjach, bez wiedzy i zgody Sejmu, w atmosferze niedomówień i przy sprzeciwie 55% Polaków podejmowane są decyzje, które będą miały negatywne skutki dla następnych pokoleń.
Dla obserwatorów spotkania w Gabinecie Owalnym Białego Domu niezbyt miły musiał być widok pokornego polskiego prezydenta tak bardzo kontrastujący z butną postawą Kaczyńskiego na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli. Ten obraz zachowania polskiego prezydenta świetnie symbolizuje nasze stosunki z najbliższymi sąsiadami w porównaniu z wiernopoddańczym oddaniem dalekiemu sojusznikowi.
Dla Polski instalacja tarczy antyrakietowej jest o niebo ważniejsza od losów tej czy innej koalicji. Wydawać by się więc mogło, że ta sprawa zdominuje debatę publiczną. Ale gdzież tam. Media trąbią o trzeciorzędnych sprawach, a politycy opozycyjni z czystego serwilizmu i zrozumiałej niechęci do narażania się nowemu Wielkiemu Bratu udają, że protestują, a w gruncie rzeczy puszczają oko do Amerykanów. Brak jakiejkolwiek merytorycznej reakcji premiera na zgłaszane obawy sprawia, że aktywni społecznie ludzie zadają sobie pytanie, po co pisać i po co protestować, skoro i tak oni zrobią, jak zechcą. Czy tą metodą uda się PiS podciąć zasady, według których funkcjonują społeczeństwa obywatelskie? Nie sądzę. Ale szkody będą odrabiane przez lata.
Odciągnięcie uwagi od tarczy jest sprytnym zabiegiem socjotechnicznym. Sprytnym o tyle, że nie ma wielkich ulicznych manifestacji, ale mało skutecznym, sądząc po tym, jak mimo wszystko przybywa przeciwników amerykańskich instalacji. Mało tego, jest ich już zdecydowana większość. Okazuje się, że czego jak czego, ale zdrowego rozsądku Polakom nawet w tych kuriozalnych czasach nie brakuje. Tarcza nie jest bowiem Polsce do niczego potrzebna. Nie ma też żadnego racjonalnego argumentu, by się w to przedsięwzięcie pakować. Jej instalacja nie tylko niczego nie poprawia, lecz wręcz pogarsza poziom naszego bezpieczeństwa. Zresztą nie tylko naszego, bo po reakcji Rosji, Niemiec i wielu krajów Unii Europejskiej widać, że grozi nam destabilizacja bezpieczeństwa międzynarodowego.
Skąd więc pośpiech z podjęciem decyzji? Przecież kadencja Busha kończy się w przyszłym roku w atmosferze klęski, a Demokraci są bardzo sceptycznie nastawieni do tego projektu. Czy Polskę stać na to, by była pożywką dla amerykańskiego lobby militarnego? Tylko ono ma interes w napędzaniu nowej spirali zbrojeń. A my? Czy mamy znowu stać się państwem frontowym i uzależnić od polityki państwa, które ma długą listę wrogów? Polityki, która jest pasmem błędów i krwawych wojen.
Najuczciwszym wyjściem z tej opresji, w jaką wepchnęli nas politycy, byłoby poddanie decyzji w sprawie tarczy pod głosowanie narodowe. A więc referendum.

Wydanie: 30/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy