Jedyny pałac, przed którym chylę czoła

Jedyny pałac, przed którym chylę czoła

A już się bałem, że będę pisał coś w rodzaju: „Bayraktar z dziewiątką Lewandowskiego na plecach nie dla idiotów, a węgiel na kilogramy, a swoją drogą także nie ma cukru, chociaż Naimskiego odwołali”. Ale jest warszawski Pałac Kultury i Nauki, który obchodzi 67. urodziny, w chwili gdy piszę te słowa – co do godziny. Pałac, który ma już na szczęście w papierach swoją zabytkowość, chroniącą go (he, he, miejmy nadzieję, że skutecznie) przed rytualnymi wrzaskami tych, co marzą o jego zburzeniu, zniknięciu, zabudowaniu, uczynieniu niewidzialnym, niewidocznym, pozbawieniu go mocy wizualnego symbolu miasta. Ktoś powie: „67? Co to za rocznica???”. Tak samo ważna jak każda inna z wieńcem zer na końcu, a może tym ciekawsza i istotniejsza.

Stoi, góruje, już nie niepodzielnie w chaosie mniej lub bardziej przypadkowych decyzji o warunkach zabudowy, które z centrum Warszawy czynią pnące się nieprzytomnie w górę miasteczko z Dzikiego Zachodu. Nie ma drugiego takiego budynku w Polsce, otoczonego tak wielką niechęcią, nienawiścią nierzadko, postponowanego i lżonego. Wciąż temu się opiera i tuszę, że tak już zostanie. Mam do jego wielkości i wspaniałości prawdziwą słabość, z radością od kilkunastu lat wykonuję w nim część swoich obowiązków zawodowych, lubię w nim być, patrzeć na niego i z niego, krążyć wokół i popatrywać z daleka. Lubię o nim rozmawiać, kłócić się o niego, czytać o nim, poznawać. Jest wymarzonym pretekstem do debat o najnowszej historii Polski. „Pan da spokój – mówią studenci – myśmy historię mieli tylko w pierwszej klasie liceum i doszliśmy do bitwy pod Termopilami”. Teraz będziecie mieć lepiej, macie HiT dzięki PiS i jego historycznemu guru, prof. Roszkowskiemu, z jego narodowymi i katolickimi fantazmatami; nawet nie jestem ciekaw, jakim diabelskim opisem opatrzył profesor (przez lata pracujący w PKiN) w swoim parapodręcznikowym dziele Pałac.

Pokazuję studentom z okien płyty upamiętniające przebieg granic getta warszawskiego, jest to doskonały moment, żeby po raz pierwszy w życiu usłyszeli język jidysz, którym posługiwało się 300 tys. żydowskich mieszkańców przedwojennej Warszawy.

Nie ma dużo lepszego obiektu, żeby się przyjrzeć meandrom systemu zależności politycznej w Europie po 1945 r. (A co właściwie wtedy się stało? Koniec powstania styczniowego? Wygrane warszawskie powstanie? Jak to, dwa były??? A które było pierwsze?). Można się pochylić nad czarnym słowem stalinizm – w mroku dziejów nieznaczącą kilkuletnią chwilką. Ale wszak Pałac nigdy nie był kazamatami – uff, co wtedy by tu się odjaniepawlało…

Najbardziej przepadam jednak za rozmowami o Pałacu i kapitalizmie. Kapitalizm nigdzie, także w Polsce, nie wydał z siebie takiej budowli, o tak wypracowanej koncepcji służebności i potencjale utopistycznym w wymiarze Kultury, Nauki, czytania czy powszechnie dostępnego odpoczynku. Tu latami były wydziały uniwersytetu, w tym legendarny wydział matematyki, którego studenci, bez możliwości komputerowej symulacji, odgrywali miejsko-pałacową grę z elementami survivalu, czyli kto wejdzie jak najwyżej, pokona zamknięte piętra, przechytrzy uzbrojonych wartowników, naturalne zapory. Podobno najlepsi potrafili (już aktywnie ścigani przez pałacową straż) dotrzeć nawet do kopuły pod iglicą.

Mieliśmy tam biblioteki, w tym słynną PAN-owską, olbrzymią księgarnię, która zawsze się przypomina, kiedy raz do roku Pałac się kiermaszuje – w tym roku po prostu przedpałac zapełnił się namiotami ze stoiskami wydawców. Tamże sfotografowałem się z Thomasem Pikettym i jego wydanym właśnie monumentalnym „Kapitałem i ideologią”. Pałac to oczywiście ideologia, jak wszystko, co dzisiaj wokół niego, choćby ten pokrakowaty Żagiel Libeskinda, zredagowany przez kapitalistę wykonawcę, nieprzypominający projektu, który zaakceptowało miasto. Żagiel? Chusta z magla, przykrojona.

A inny koleżka, który, jak utrzymuje, zarobił w miesiąc 44 mln zł na polskiej kryptowalucie Cebullion, kupuje „kawalerkę” w tymże budynku na Złotej 44 (czterdzieści i cztery…) i zapowiada (ironicznie chyba), że teraz podzieli te ponad 400 m kw. na 100 miniapartamencików i opyli.

A przygląda się temu Pałac, który uczył dziesiątki tysięcy osób, bawił dzieciaki w setkach kółek zainteresowań, pozwalał trenować dziesiątki dyscyplin sportowych. Gdzie skoki na głowę trenował Krzyś Miller, jeden z najlepszych polskich fotoreporterów ostatnich kilku dekad, dawny olimpijczyk, który zapłacił życiem za swoje zaangażowanie zawodowe, zabiło go PTSD. O teatrach, kinach, koncertach nawet nie mówię. Jest Pałac potęgą i winien wracać do swoich macierzystych, dawnych funkcji, a nie być kolejnym czysto komercyjnym modułem do wynajęcia. Lubię patrzeć na pałacowe sokoły i wiedzieć, że kilkadziesiąt pięter niżej kilkadziesiąt kotów ma tam pełny etat pracowniczy i dobre warunki życia.

Chciałbym więcej pałacowego życia w naszej codzienności XXI-wiecznej, w czasie nadciągającego przesilenia.

Tak, za jego powstaniem stoi Stalin. Ale żaden kapitalista nigdy i nigdzie nie zbuduje czegoś podobnego. Jest więc Pałac imponującym dzieckiem dawnego satrapy. I ma wciąż przed sobą intrygujące życie, a my w nim.

r.kurkiewicz@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 31/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy