Wszyscy do urn

Wszyscy do urn

Już niebawem wybory do Parlamentu Europejskiego. W 13 okręgach wyborczych przy niesłychanie skomplikowanej ordynacji (sami ją sobie wymyśliliśmy) wybierzemy 50 posłów do PE.
Kampania wyborcza dobiega finiszu. Zgodnie z oczekiwaniami jest zupełnie niemerytoryczna i głównie negatywna. Brak w niej na ogół informacji, jaki dana partia ma pomysł na Europę i miejsce Polski w Europie, za to dużo jest o tym, jak szkodliwe poglądy dla Polski, a szczególnie dla jej gospodarki, ma polityczna konkurencja.
Anachroniczny, zabarwiony nacjonalizmem i naprawdę mocno kabaretowy już, choć ponury patriotyzm PiS, z wszystkimi jego fobiami (antyniemiecką i antyrosyjską głównie), sugerować by mógł, że są to nie wybory do Parlamentu Europejskiego, ale do rządu obrony narodowej, gdy wróg czyha na wszystkich granicach, a sojusznik (Gruzja?) daleko.
Przeciwwagą tego jest infantylnie radosna proeuropejskość Platformy, machanie gwiaździstymi chorągiewkami i puszczanie niebieskich baloników. Ogólna radosna zabawa przedszkolaków pod hasłem „razem w Europie nam wesoło”. Z billboardów można wyczytać, że Platforma chce Europie podarować Różę (Różę Thun, austriacką hrabinę z domu Woźniakowską). Nie jest jasne, co Europa na to.
Gdzieś w tle Lech Wałęsa z Libertasem, a nawet przeciw Libertasowi. I sam Libertas, a właściwie nie sam, tylko razem z PiS, do Europy ale przeciw niej. Jeszcze Prawica Marka Jurka z hasłami dobrymi przy wyborach do rady parafialnej, za to mało przydatnymi w pracy Parlamentu Europejskiego.
Przy tej tandecie prawicy okazję do zaprezentowania się miała CentroLewica, co się porozumiała dla przyszłości (choć nie bardzo wiadomo, kto z kim się porozumiał, więcej wiadomo o tym, kto się nie porozumiał, choć wciąż nie wiadomo dlaczego), oraz SLD, który z własnego wyboru centrolewicą już na pewno nie jest, ale nie ma pewności, czy jest lewicą. Z billboardów Wojtka Olejniczaka (sporo ich w Warszawie) to nie wynika. Po zapisanym na nich haśle („Energia dla stolicy”) można by sądzić, że lider SLD reklamuje Red Bulla albo domaga się zelektryfikowania Warszawy. Hasła liderów CentroLewicy są równie nieczytelne.
Czy to tak trudno w krótkich żołnierskich słowach wyrazić, po co chce się iść do europarlamentu i czym się różni od prawicowej konkurencji? Widać, że trudno. No to trudno.
W każdym razie formacje lewicowe (centrolewicowe), choć do wyborów nie idą razem, na swych listach mają naprawdę wiele znakomitych nazwisk. Józef Pinior – przykład socjalisty z „Solidarnościowym”, a nie PRL-owskim rodowodem. Wspomniany Wojciech Olejniczak, wciąż nadzieja formacji lewicowych, Jolanta Szymanek-Deresz, była szefowa kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego, i z tego samego okręgu, choć z konkurencyjnej listy, prof. Magdalena Środa, odważna baba, śmiało walcząca o świeckość państwa i prawa człowieka. Marek Borowski, były minister finansów i były marszałek Sejmu i doświadczony europarlamentarzysta, były minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati. I znający wszystkie języki świata, łącznie z suahili (choć w tym języku mówi ponoć jeszcze z polskim akcentem, ale go szlifuje) Tadeusz Iwiński. I wielu, wielu innych.
Bez przesady można powiedzieć, że szeroko pojęta lewica wystawia naprawdę najlepszych kandydatów na posłów do europarlamentu. Jakie oni mają szanse? Zależy to w dużej mierze od frekwencji wyborczej. Inaczej mówiąc, zależy od tego, czy ludzie, którzy swe polityczne sympatie lokują na lewo od Platformy, zechcą pofatygować się do wyborów i oddać głos na kandydatów szeroko pojętych ugrupowań lewicowych.
Przy okazji nie można nie zadać sobie pytania, jak to jest, że szeroko pojęta lewica dysponująca w Polsce znakomitymi politykami, mająca silne, zorganizowane zaplecze intelektualne (jak chociażby Centrum Politycznych Analiz kierowane przez prof. Janusza Reykowskiego), mająca licznych publicystów, mimo tego wszystkiego nie potrafi zdobyć poparcia społecznego większego niż 10-12%? Czego brakuje? Połączenia się w jakiejś szerokiej formule, w której zmieszczą się wszyscy „na lewo od Platformy” i lidera. Tylko tyle i aż tyle. Wszystkie puzzle są. Trzeba je tylko poukładać.
Tymczasem mija 20. rocznica wyborów w 1989 r. III RP ma już 20 lat. To tyle, ile trwała cała międzywojenna II Rzeczpospolita. Kto odważy się zestawić dorobek międzywojennego 20-lecia i 20-lecia po 1989? To temat na odrębne rozważania.
Tę rocznicę wyborów 4 czerwca zaanektowała dla siebie tylko jedna strona Okrągłego Stołu. To ona będzie ją obchodzić, choć dziś podzielona i niemiłosiernie skłócona. Zgodna tylko w jednym: to nie święto wszystkich Polaków, lecz tylko tych, którzy się wywodzą z „Solidarności”, choćby dziś jedni stali tam gdzie wtedy „Solidarność”, a drudzy „tam gdzie ZOMO”. Do tego święta inni nie mają – ich zdaniem – prawa. A ja pytam po raz kolejny: dlaczego? Nie byłoby wyborów 4 czerwca 1989 r. bez Okrągłego Stołu i wszystkich, którzy przy nim zasiadali. Wszystkich!

Wydanie: 22/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy