Orientacja wschodnia rządu PiS

Orientacja wschodnia rządu PiS

Krytycy rządzących „kaczystów” pochodzący z kręgów zwanych prawdopodobnie niesłusznie liberalnymi ostrzegają, że w polityce polskiej dokonuje się reorientacja na Wschód. Istotnie tak się dzieje, ale wykorzystując wieloznaczność słowa „wschód”, alarmiści chcący zniesławić partię rządzącą mówią, że „na wschód” znaczy w stronę Rosji. Nie ma w obozie solidarnościowym większej zniewagi niż posądzenie o orientację promoskiewską. W rzeczywistości ten Wschód, na który orientuje się partia Kaczyńskiego-Macierewicza, to Ukraina. Nie pociąga to za sobą osłabienia związków z Zachodem – Unią Europejską i NATO. Mogą więc być spokojni liberałowie i wszyscy inni, że pod tymi cudacznymi rządami Polska nie odejdzie od raz obranej strategii atlantyckiej. Niewątpliwie pod wpływem emitowania złowieszczego nastroju przez Ukrainę i przystosowywania się strony polskiej do tego nastroju zmieni się u nas kultura polityczna na jeszcze gorszą, niż dotąd panowała.

Ukraińcy neobanderowskiego wyznania są „pasjonarni”, to znaczy, że jeśli czegoś chcą, to z całej siły, i narzucili swoje poglądy wschodnioukraińskiej „biomasie”, jak to elegancko nazwała Julia Tymoszenko. W procesie bliższych stosunków dużo ze swojego stylu narzucą też Lachom. Uległość, z jaką Polacy przyjmują ukraińskie poglądy i punkty widzenia, jest zdumiewająca. Najwięcej uległości widzę w kręgach tzw. ludzi kultury i – czemu się dziwić nie należy – wśród najbardziej ponurych narodowców. Podczas literackiego Festiwalu Conrada w Krakowie dwie literatki ukraińskie o niepotwierdzonym znaczeniu zażądały niedopuszczenia do tego festiwalu zaproszonego wybitnego pisarza rosyjskiego i krakowscy ludzie kultury do tego się zastosowali. Identyczny akt poddaństwa miał miejsce także w Poznaniu. Więcej festiwali na razie nie było. Czy między politykami ukraińskimi a polską dyplomatyczną „biomasą” stosunki układają się inaczej?

Gdy ćwierć wieku temu nastała nowa władza, do pierwszych jej poczynań należało jednanie się z narodami, z którymi byliśmy już od kilkudziesięciu lat dość dobrze pojednani. Gdy polska strona uznała, że do pojednania należy odbudowanie we Lwowie cmentarza Orląt w całej jego okazałości, występowałem w PRZEGLĄDZIE przeciw temu, sądząc, że będzie to bardzo niepolityczne wobec Ukraińców, i chociaż powinniśmy pamiętać o zabytkach polskiej kultury rozsianych po tym kraju i w miarę możliwości restaurować je, to pomniki jakichś zwycięstw nad Ukraińcami powinny być wykluczone. Cmentarz Orląt został jednak po wielkich mozołach odbudowany i teraz złego słowa o tym nie powiem, skoro strona ukraińska to przełknęła.

Gdy Senat uchwalał potępienie akcji „Wisła”, byłem bardzo przeciw temu z takiego powodu, że jeśli się mówi o tym przesiedleniu, to nie da się przemilczeć jego przyczyn, to jest rzezi wołyńskich i wschodniogalicyjskich. Wielu ludzi, w tym moich przyjaciół, było zmrożonych na myśl, że tamte czasy już przecież po jednym pojednaniu mogą być publicznie przeżywane i stawiane narodowi przed oczy z całą ich niesamowitą okropnością. Minęło 20 lat i to, co się wydawało niedopuszczalne, stanęło przed społeczeństwem jako konieczne i moralnie nakazane. Dziś sytuację duchową mamy taką, że na myśl, iż filmu „Wołyń” nie ma i być go nie może, przeżywam coś podobnego do uczucia grozy. Do tej przemiany uczuć doprowadziła religia katyńska. Bez niej zbrodnie banderowskie nie przypomniałyby się z taką siłą i dosłownością. Daleko w naszej części Europy do zakończenia drugiego pojednania i oby nie było potrzebne trzecie.

Mówią „starzy ludzie”, że rzeczy najważniejsze dzieją się po cichu, a widoczne się stają, dopiero gdy już się dokonały. Słowa, które kiedyś były zawołaniami bojowymi, jak socjalizm, liberalizm, lewica, prawica, faszyzm, demokracja, są już mało znaczącymi etykietkami. Ustąpiły innym wrogim podziałom. Banderyzm ze swoimi uzbrojonymi oddziałami był jedną z najbardziej okrutnych i podłych odmian faszyzmu. Prawo uchwalone przez kijowski parlament z krytyki tego faszyzmu czyni przestępstwo. Gdyby dzisiejsze władze Ukrainy nakazały milczenie o tej hańbie, można by na to przystać. One jednak czczą tę hańbę na wszystkie dostępne sobie sposoby i czynią z niej swój „mit założycielski”, że niby z niej państwo ukraińskie wyrosło (co jest grubym fałszem na szczęście dla Ukrainy). W Polsce najwięcej zrozumienia, a nawet uznania dla tego mitu mają środowiska liberalne i prawoczłowiecze oraz partia rządząca, która, jak widać, jeszcze bardziej przeorientowuje swoją politykę na ukraiński Wschód niż jej poprzedniczka.

Polska, która obnosiła się ze śmieszną aspiracją do wprowadzenia Ukrainy do Unii Europejskiej (nieraz na tym miejscu kpiło się z tej aspiracji), pod nowymi rządami stopniowo, krok po kroku pod względem ideologii państwowej upodabnia się do Ukrainy (z braku swojej UPA wydobywa „żołnierzy wyklętych”). Oba kraje pokrywa duszna atmosfera histerycznego fałszu i nacjonalizmu (na Ukrainie jednak bardziej ponurego) i człowiek zastanawia się, co się stanie z Europą Środkową i Wschodnią, gdy ten smog ideologiczny rozciągnie się na Niemcy. Dziś taka możliwość nie mieści się w głowie, ale za 20 lat może się mieścić.

Wynoszenie przez państwo ukraińskie na najwyższe piedestały organizacji UPA bez słowa protestu ze strony polskiego rządu, a nawet z jego sojuszniczą aprobatą, jest sennym koszmarem, z którego niestety nie można się przebudzić.

Wydanie: 45/2016

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy