Tag "Powstanie Warszawskie"
Fałszywa pamięć wielkiej klęski
Ryki, race i opowieści o zwycięstwie obrażają pamięć powstania
Czy oddaliśmy pamięć o powstaniu warszawskim Bąkiewiczowi, jego kumplom i kibolstwu? Czy pamięć o tych, którzy wówczas zginęli, musi być szargana? Kolejna rocznica wybuchu powstania pokazuje, że jest coraz gorzej. Że zamiast powagi i refleksji, mamy dymiące race i krzyki. A prezydent RP opowiada bajki o zwycięstwie. Tyle z tej wielkiej tragedii chce rozumieć.
Powstanie warszawskie! Oczywiście naszym obowiązkiem jest o nim pamiętać, ale i to, byśmy się nie okłamywali. Bo to nie było zwycięstwo, lecz wielka klęska.
Tak się złożyło, że urodziłem się na warszawskiej Woli, mieszkałem w kamienicy, w której przed wojną mieszkała babcia z moim tatą. Ocaleli w zasadzie przypadkowo. Pacyfikując Wolę, Niemcy mordowali systematycznie, kamienica po kamienicy. Ale bodaj po trzech dniach doszli do wniosku, że to zbyt wiele kosztuje i lepiej ograniczyć się do rozstrzeliwania mężczyzn. W ten sposób ocalała moja babcia z 10-letnim chłopcem, moim ojcem.
Ich wspomnienia słyszałem dziesiątki razy. Że uciekli do kościoła św. Wojciecha na Wolskiej, że wychodząc, musieli iść po trupach. A potem do Pruszkowa. W naszej kamienicy – teraz to rozumiem – mieszkały w zasadzie same starsze kobiety. Do dziś je pamiętam. Chętnie zapraszały mnie na herbatę i ciasto, byłem jednym z niewielu dzieci w tym domu, więc siłą rzeczy budziłem ciepłe uczucia. Zaproszenia kończyły się podobnie – ja piłem herbatę, a sąsiadki opowiadały o swoich mężach i braciach, których zabili Niemcy. A im teraz przyszło żyć samotnie i w bólu. 30 lat po wojnie wciąż przeżywały tamte dni i cierpiały, czas dla nich się zatrzymał.
Mój ojciec, rocznik 1933, w powstaniu zanurzony był całkowicie. Kupował wszystkie książki na ten temat, mieliśmy piękny album z fotografiami, wycinał z gazet i tygodników artykuły. Kiedyś przyszedł po mnie do szkoły. Grałem w piłkę, chciałem zostać dłużej, mówiłem: Tatusiu, tak dobrze
Jerzy Giedroyc i środowisko Instytutu Literackiego w Paryżu o powstaniu warszawskim
Zgodnie z decyzją Senatu 2026 został ustanowiony Rokiem Jerzego Giedroycia. Chociażby z tego powodu warto przyjrzeć się, jak o powstaniu warszawskim pisali jego współpracownicy na łamach „Zeszytów Historycznych”. Było to bowiem czasopismo, które nawet zdaniem IPN, „okazało się trwałym i ważnym dla wiedzy o dziejach Polski w XX w. forum dyskusji i prezentacji naukowej”.
Na początek przywołajmy fragment tekstu Jacka Trznadla „Powstanie warszawskie. Hamlet historii”, opublikowanego w „Zeszytach Historycznych” w 1988 r.:
„Powstanie warszawskie jest jednym z podstawowych zworników najnowszej historii Polski. Jest największą przegraną bitwą w dziejach Polski w ogóle, ostatnim aktem klęski narodu w czasie okupacji hitlerowskiej, klęską zadaną przez upadającego już wroga. Uległo zniszczeniu jedno z największych miast Europy. Warszawa jest też jedyną stolicą zniszczoną całkowicie. Liczba ofiar cywilnych powstania w Warszawie przewyższyła dwukrotnie liczbę ofiar Hiroszimy, a dodana do wcześniejszej liczby ofiar eksterminacji ludności żydowskiej Warszawy, podnosi do 50% zagładę ludności miasta. Zginęła w nim elita młodzieży polskiej, a także elita polskiej inteligencji. Uległy zagładzie archiwa, a w nich bezcenne rękopisy niewydanych utworów literackich, biblioteki, dzieła sztuki, nie mówiąc już o architekturze i substancji miasta”.
Chociaż sam Trznadel nie brał bezpośredniego udziału w powstaniu – jako 14-latek przebywał w tym czasie w Krakowie – samo to wydarzenie wywarło na nim duży wpływ. W odpowiedzi na wybuch powstania Niemcy 6 sierpnia zorganizowali w jego mieście brutalną łapankę. Później nocne niebo nad Wawelem rozświetlały reflektory polujące na alianckie samoloty lecące z pomocą walczącej Warszawie. W kolejnych miesiącach „powstały pierwsze stereotypy, wyrosłe z okrutnej rzeczywistości”, czyli barykady, butelki z benzyną, w końcu też sama „tragedia stolicy”. Z tego powodu, jak pisał autor „Hańby domowej”, „powstanie stało się urazem także dla tych, którzy nie byli wtedy w Warszawie”.
Trznadel był jednym z tych historyków, którzy krytykowali powstanie, a jednocześnie nie powielali narracji narzucanej przez władze PRL. Jak sam przyznawał, „zaczęła we mnie wtedy powoli narastać myśl, że ocena powstania jako błędu – pozornie po myśli komunistycznej propagandy – może być właśnie skierowana przeciw historiografii i myśli politycznej historyków realnego socjalizmu. Że mianowicie unikając powstania, można było ocalić wiele sił także do walki z komunizmem”. Podobny realizm przyświecał wielu osobom z kręgu Giedroycia.
Realizm w ocenie
Naturalnie na łamach „Zeszytów Historycznych” (a także „Kultury”) pojawiały się głosy odmienne, podobne do obecnie dominujących w krajowej debacie o powstaniu. Jednak i te wypowiedzi nie negowały ogromu strat ludzkich i materialnych wynikających na równi z brutalnej pacyfikacji zrywu przez Niemców, jak i z nieprzemyślanej decyzji o jego wywołaniu.
Jako ilustracja takiego stanowiska może posłużyć tekst Władysława Bartoszewskiego, opublikowany w „Zeszytach Historycznych” z 1984 r. Mimo podkreślenia bohaterstwa powstańców i ludności cywilnej autor zdawał sobie sprawę z konsekwencji druzgocącej porażki konfrontacji z Niemcami. Bartoszewski sprzeciwiał się także porównywaniu powstania warszawskiego z próbami wyzwolenia Paryża czy Pragi, które to stolice znajdowały się wówczas w zupełnie odmiennej sytuacji geostrategicznej:
„Tak więc nie zagadnienie prawa czy bezprawia decydowania o własnym losie czy walki własnymi siłami o własną stolicę, ale zagadnienie innych konfiguracji dużo bardziej skomplikowanej natury jedynie może tłumaczyć przykładanie innej miary do naszych praw, a innej miary do praw innych walczących w innych krajach w gruncie rzeczy o te same swobody decyzji”. Tymczasem wielu rodzimych apologetów powstania zapominało – i nadal to robi – o tej istotnej różnicy.
W 1964 r., z okazji 20. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego,
Czego Polacy nie wiedzą o powstaniu warszawskim?
Prof. Adam Leszczyński,
historyk, dyrektor Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, Uniwersytet SWPS
Polacy najmniej są świadomi tego, o co w powstaniu walczono. Programy głównych partii – nie tylko PPS – zakładały reformę rolną i uspołecznienie przemysłu. Wyobrażano sobie państwo wolne, demokratyczne i sprawiedliwe społecznie. Drugą kwestią jest ocena dowództwa. Trzeba oddzielić bohaterstwo walczących od odpowiedzialności politycznej.
Pod względem militarno-politycznym to był błąd, za który zapłaciło kilkaset tysięcy osób. Natomiast mitologizacja zrywu to dzieło polityków ostatnich 25 lat. Powstanie wykorzystano do bieżących korzyści, nadając jego upamiętnieniu czysto współczesny, polityczny wymiar.
Dr Michał Przeperski,
IH PAN, Muzeum Historii Polski
Powstanie warszawskie pamiętamy jako bitwę o niepodległość. Rzadziej mówi się,
Powstańcy ’44 w PRL
Niewiele powstań w naszych dziejach przyniosło tak doniosłą i trwałą zmianę mentalną
Na początku sierpnia 1964 r. Maria Dąbrowska zanotowała w dzienniku: „Podobało mi się przemówienie Zenona Kliszki w 20. rocznicę powstania. Starał się być w miarę możliwości obiektywny i przekazał pozdrowienia żołnierskie dowódcy AK, pod którym walczył jego oddział AL-owski”.
Autorka „Nocy i dni”, która przeżyła całą okupację i powstanie warszawskie w swoim mieszkaniu przy ul. Polnej 40, w prywatnych zapiskach nie raz upominała się o upamiętnianie tamtych dni. 19 kwietnia 1948 r., gdy odsłaniano w stolicy Pomnik Bohaterów Getta, Dąbrowska z goryczą pisała: „Nie mam nic przeciwko bohaterom żydowskim. Ale Warszawa nie ma dotąd pomnika swoich powstańców ani dzieci, co walczyły w powstaniu!”.
Taki ton rozżalenia połączonego z bezsilnością dominował u wielkiej pisarki do 1954 r., gdy w 10. rocznicę powstania mogła odnotować, że w tygodniku „Nowa Kultura” Antoni Słonimski ogłosił „prześliczny i wartościowy wiersz będący uczczeniem pamięci powstańców i w ogóle poległych Warszawy”. Ale to było już po śmierci Stalina, gdy powoli następowała w Polsce Ludowej odwilż, która ostatecznie doprowadziła do Października 1956 r. A po tej „polskiej rewolucji bez rewolucji” władzę przejęła ekipa Władysława Gomułki, w której numerem drugim był wspomniany Zenon Kliszko.
O ile sam towarzysz „Wiesław” – w ostatnim okresie okupacji przywódca konspiracyjnej Polskiej Partii Robotniczej – opuścił Warszawę tuż przed wybuchem powstania i przez wyzwolony pod koniec lipca 1944 r. Otwock udał się do Lublina, to Kliszko pozostał w stolicy, kierując strukturami PPR w walczącym mieście. Powstanie przeżył na Żoliborzu jako polityczny zwierzchnik tamtejszego zgrupowania Armii Ludowej, a w momencie kapitulacji powstania przeprawił się z grupą towarzyszy przez Wisłę i również dotarł do Lublina, gdzie od końca lipca funkcjonował Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.
O swoich powstańczych przeżyciach Zenon Kliszko nigdy nie zapomniał, a jako prawa ręka Gomułki w latach 1956-1970 wręcz patronował „polityce historycznej” związanej z powstaniem. W 1967 r. ukazała się jego książka „Powstanie warszawskie. Artykuły, przemówienia, wspomnienia, dokumenty” (drugie wydanie dwa lata później). Publikacja ta z jednej strony prezentowała krytyczną ocenę decyzji o wybuchu powstania jako politycznie wymierzonej przeciwko Związkowi Radzieckiemu, ale z drugiej – zawierała cenne, osobiste wspomnienia Kliszki, podkreślające także bohaterstwo żołnierzy AK i ofiarność mieszkańców miasta.
W książkach i filmie
I takie było podejście władz PRL do tradycji powstania i jego uczestników od 1956 r. do końca lat 80. Powstanie istniało w licznych książkach historycznych, które – choć oczywiście cenzurowane – Polacy masowo kupowali i czytali. Wydana po raz pierwszy w 1959 r. monografia „Powstanie warszawskie” gen. Jerzego Kirchmayera czy ukazujące się od lat 60. kolejne prace Władysława Bartoszewskiego utrwalały nie tylko pamięć, ale i rzetelną wiedzę o tamtych wydarzeniach.
Powstanie pojawiało się również w polskiej kulturze, począwszy od wydanej już w 1957 r. powieści „Kolumbowie. Rocznik 20” Romana Bratnego (który sam walczył w powstaniu jako żołnierz AK), sfilmowanej jako serial przez Janusza Morgensterna w 1970 r., poprzez najważniejsze filmy tzw. szkoły polskiej („Kanał” Andrzeja Wajdy” z 1956 r., „Eroica” Andrzeja Munka” z 1957 r.), aż po spektakle teatralne,
Rzeź Woli: nieukarane ludobójstwo
Jako autorka książki „Opowieść mojej mamy” (Znak Horyzont 2023, nominacja do Nagród Historycznych „Polityki” 2023) pozwalam sobie odnieść się do tekstu autorstwa Pana Redaktora Pawła Dybicza z nr. 31/2025.
Przede wszystkim publikowany w tekście dokument „Dzielnica Wola w powstaniu warszawskim” nie jest pierwszym naukowym opracowaniem ludobójstwa na mieszkańcach Woli, powstałym „niemal na gorąco”, „zaledwie trzy lata od opisywanych wydarzeń”.
Prawdziwie pierwszym dokumentem relacjonującym te dramatyczne wydarzenia jest powstała w sensie dosłownym „na gorąco”, bo na podstawie zeznań świadków zebranych jeszcze w trakcie powstania i zaraz po jego zakończeniu, pozycja naukowa pt. „Zbrodnia niemiecka w Warszawie w 1944 r.” w opracowaniu Edwarda Serwańskiego i Ireny Trawińskiej (Wydawnictwo Instytut Zachodni, Poznań 1946, reprint z 2017 r.). Książka ta jest plonem spektakularnej, bezprecedensowej, chociaż mało znanej konspiracyjnej akcji Polskiego Państwa Podziemnego o kryptonimie „Iskra-Dog”. Istotą akcji, przeprowadzonej w całości przez środowisko organizacji niepodległościowej Ojczyzna wyrosłej z Wielkopolski, było zbieranie, opracowanie i opublikowanie 314 tzw. protokołów powstańczych. Trzy z nich – zawarte w ww. publikacji, która została włączona przez polską delegację w Norymberdze do materiałów oskarżycielskich – zostały odczytane, jako jedyne polskie źródło tego rodzaju, w trakcie procesu norymberskiego (w internecie dostępne jest nagranie z tego dnia procesu, wersja angielska i niemiecka, jest też polska transkrypcja).
Inicjatorem i koordynatorem akcji był poznański historyk, profesor Instytutu Zachodniego, Edward Serwański (mój Ojciec).
Akcja „Iskra-Dog”,
Powstanie zakończyło się straszliwą klęską
2 października 1944 r., po 63 dniach heroicznych zmagań, Warszawa skapitulowała. O tej rocznicy nie pamiętają apologeci powstania. Nie pamiętają, bo musieliby pokazać skutki decyzji polityków i wojskowych, którzy poprowadzili ideową, ale bezbronną młodzież do beznadziejnej walki z uzbrojonymi po zęby oddziałami niemieckimi.
Gen. Anders chciał postawić przed sądem Bora-Komorowskiego, Okulickiego i Chruściela za wywołanie powstania, gdyż uważał je za kardynalny błąd – z politycznego i wojskowego punktu widzenia, a z moralnego – za zbrodnię. Prof. Jan M. Ciechanowski, który jako 14-latek walczył do ostatniego dnia powstania, pisał, że zakończyło się ono „straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym”.
1 sierpnia i 2 października to dni narodowej żałoby. Nazwiska ofiar – a niestety znane są tylko w przypadku ok. 60 tys. osób – powinny być czytane w tę rocznicę. Ku pamięci. Ale też ku przestrodze. By kolejne pokolenia młodych nie dały się nabrać cynicznym politykom.
Młodzież oszukano wówczas i oszukuje się dzisiaj.
Ten cynizm z pewnością ciągle łączy prawicowe obozy. Decyzji o wybuchu powstania nic nie usprawiedliwia.
Zbudowano, niestety skutecznie, fałszywy obraz powstania. Jak to z piosenką na ustach nastolatki i dzieci szły z visami na niemieckie czołgi Tygrysy.
A jaki jest prawdziwy obraz potwornej klęski, głupoty i bezmyślności? Rezultat wyrachowania politycznego tych, którzy wydali wyrok śmierci na ludność cywilną miasta? Szacuje się, że w ciągu dwóch miesięcy 1944 r. zamordowano od 120 do 140 tys. osób, w tym kobiety i dzieci. Tysiące kobiet zgwałcono. Po Warszawie zostało morze ruin. Sprawcy tych nieszczęść zamiast surowego osądu mają miejsce w panteonie bohaterów narodowych. Stawia się im pomniki, funduje tablice, medale. A o prawdę trzeba będzie dalej walczyć.
Tu był bastion polskości
Rozmowy prof. Janusza Zawodnego z generałami Tadeuszem Borem-Komorowskim i Władysławem Andersem
Prof. Janusz Zawodny – politolog i historyk, profesor amerykańskich uniwersytetów, powstaniec, badacz zbrodni katyńskiej, aresztowany przez Niemców w 1944 r., pozostał na Zachodzie. Przeprowadził cykl rozmów dotyczących powstania warszawskiego. Są one zdeponowane w Archiwum Akt Nowych i wydrukowane w wydanych przez „Przegląd” dwóch tomach „Zakłamanej historii powstania”.
Gen. Tadeusz Bór-Komorowski – generał dywizji, dowódca Armii Krajowej, pseudonimy: „Bór”, „Lawina”, „Znicz”
Panie generale, jakie było założenie powstania warszawskiego?
– To było kontynuowanie „Burzy”. Z liczeniem na to, że Rosjanie pod wpływem impetu i strat z konieczności zajmą Warszawę.
Na jakich podstawach gen. Monter oparł swój meldunek, że natarcie Rosjan na Warszawę jest faktem? (…)
– Ja się wypytywałem o podstawy meldunku. Monter mi powiedział, że miał te informacje „od wysuniętych patroli, które były na przedpolu”. Monter meldował zgodnie z sytuacją. Niech pan spojrzy na „Sowiecką Historię Wojny”. Natarcie na Warszawę wyszło.
Czy gen. Monter rzeczowo, a raczej pesymistycznie, czy optymistycznie przedstawiał gotowość materiałową oddziałów AK do akcji?
– Proszę pana, ja Montera nie będę dezawuował. O to najłatwiej. On oceny dawał rzeczowo, ale niech pan zważy na rozdział broni między oddziały i taktykę natarcia na umocnione obiekty i punkty, to inna historia. Co było ciężkim punktem oporu dla naszych oddziałów, to było łatwym celem dla jednego działa przeciwpancernego, jeżeli Rosja by weszła.
Czy były robione na pana naciski, aby akcja w Warszawie zaczęła się wcześniej? Jeśli tak, to przez kogo?
– Naciski i presje były. Przez niektórych członków Sztabu AK. Rzepecki i Okulicki, szczególnie Okulicki był za tym. Jednak ja nie miałem [generał podkreśla tonem głosu i powtarza], ja nie miałem wystarczających dowodów natarcia na Warszawę. Dopiero natarcie sowieckie na Warszawę było momentem do wydania rozkazu na akcję wewnątrz miasta. Tylko koordynacja z zewnątrz z natarciem wewnątrz mogły zapewnić zwycięstwo. Proszę pana, były ciągle wysiłki zapewnienia tej koordynacji bojowej. Jednak wszystkie radiostacje i dowódcy AK na Wschodzie byli poaresztowani przez Sowietów. Poza tym rząd w Londynie politycznie czynił, co powinien i mógł.
Panie generale, dlaczego gen. Sosnkowski, wiedząc o sytuacji w Londynie i w Warszawie, nie wracał do Londynu z Włoch mimo żądania prezydenta?
– On wyjechał, aby tu nie być [w Londynie], o tym ciężko mówić. Jego stosunki z Mikołajczykiem i kwestia powstania miały z tym związek. To, że wyjechał, to jest bajka. W porównaniu z tym, że nie wrócił, jak prezydent zażądał. To jest problem. Sosnkowski powinien przewidzieć, że walka o Warszawę przerodzi się w powstanie. No i jak – dopiero po 8-10 dniach Rosjanie właściwie zadecydowali los powstania.
Czy Rettinger miał jakiś wpływ na sztab AK lub na decyzję o powstaniu?
– Nic podobnego, żadnego wpływu na decyzję o powstaniu nie miał. Nawet mowy na ten temat z nim nie było. Myśmy mówili o sytuacji politycznej wewnętrznej w kraju, ale nigdy o powstaniu.
Dlaczego pan generał nie zdecydował o wcześniejszej kapitulacji?
– Czekałem na lepsze okoliczności. Bezwarunkowo się poddać – to nie. Ja liczyłem, że Rosjanie zajmą Warszawę, od chwili kiedy oni podjęli ofensywę na Pragę. No, a później ich stanowisko się uwypukliło.
Czy pan generał wiedział i kiedy dokładnie dowiedział się o tym, że alianci w Teheranie już oddali ziemie wschodnie Związkowi Sowieckiemu. To był listopad 1943 r.?
– Ja się dowiedziałem o tym już po powstaniu, w obozie jeńców. Instrukcje Naczelnego Wodz
Warszawa 1944, Warszawa 1945
Wycofujący się hitlerowcy z wyjątkową precyzją niszczyli obiekty o wartości kulturalnej i historycznej
W sierpniu 1944 r. Jarosław Iwaszkiewicz pisał w dzienniku: „Nie lubiłem dawniej Warszawy. Ale przez te parę lat, kiedy ją widzę taką upartą i taką mocną, pokochałem ją zupełnie inaczej i zupełnie na nowo. Wszystko to pali się i ginie – a ja stoję pod niebieską pogodną kopułą i widzę tylko obłoki. Nic nie mogę poradzić, bezsilnie chodzę naokoło domu. Przychodzą ludzie, opowiadają wciąż to samo w bezbrzeżnie przerażający i monotonny sposób. I nic nie można im pomóc, trzeba tylko słuchać tych słów bezradnych, bezkształtnych, podawać rękę, cieszyć się, że są, że wracają stamtąd. Iluż im podobnych już nigdy nie przyjdzie. Najbliższych, najukochańszych, najpełniejszych życia”.
A w listopadzie 1944 r. dodawał: „Nie mogę myśleć o tym, że Warszawy już nie ma. Taki olbrzymi rozdział odchodzi z nią razem, taka masa przeżyć!”.
Iwaszkiewicz miał dużo szczęścia. Co prawda, jako jedyny ze skamandrytów wojnę i okupację przeżył w kraju (pozostali – Tuwim, Słonimski, Lechoń i Wierzyński – znaleźli się na emigracji), ale cały czas mieszkał w bezpiecznej odległości od Warszawy, w rodzinnym majątku Stawisko koło Podkowy Leśnej. Dało mu to wyjątkową perspektywę obserwatora blisko związanego ze stolicą i zarazem znajdującego się w znacznie bardziej komfortowej sytuacji niż jego koledzy po piórze, którzy przeżywali okupację, a potem powstanie w samej Warszawie.
I oto rok później, w październiku 1945 r., ten sam Iwaszkiewicz notuje: „Warszawa obecnie kipi życiem. Trotuary zastawione kwiatami i książkami, w zawalonych domach powstają raz po raz nowe sklepy i nowe knajpy. Ruch na ulicach bardzo duży, tłumy przechodzą Marszałkowską i Alejami. Ale jest taki moment, kiedy przed samym wieczorem sklepy zamykają się, handlarze chowają się do swoich nor, a na miejscach targowisk pozostają tylko nigdy niesprzątane śmietniska. Wtedy grobowa cisza panująca w zawalonych domach poczyna rozciągać się na ulicę i dopiero w tej ciszy, zalewającej powoli miasto jak wznosząca się trupia woda, widzi się całe straszliwe zniszczenie. (…) Wśród ruin najbardziej ruiną są resztki pałaców i kościołów, które dawniej nadawały Warszawie śmiejącą się fizjognomię miasta na pół stołecznego, a na pół prowincjonalnego”.
Żywych wołam
Dalej Iwaszkiewicz opisuje kościół św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży, z którego pozostały tylko ruiny. Ale z tych ruin pisarz usłyszał nagle dzwon wzywający na Anioł Pański, co skłoniło go do jeszcze jednej refleksji: „Oto jest głos życia. Vivos voco – żywych wołam – jak powiada łacińskie przysłowie. Ten głos zdał mi się głosem odradzającej się Warszawy. Gwarancją jej regeneracji”.
Warto zauważyć, że w tych refleksjach Iwaszkiewicza nie ma żadnych ocen politycznych. Powstania warszawskiego ani nie potępia, ani nie usprawiedliwia, lecz patrzy na nie jak na wielką tragedię, której skutki odczuwają tak bliskie mu miasto i jego mieszkańcy. Ale tak samo patrzy na cud odrodzenia Warszawy już rok po tej tragedii.
Iwaszkiewicz – przedwojenny dyplomata, zaprzyjaźniony z sanacyjną elitą i wżeniony w rodzinę bogatej burżuazji – był chyba ostatnim spośród pisarzy, którzy cieszyliby się z wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną i przejęcia władzy przez komunistów. A jednak nigdy nie zdecydował się na emigrację czy inną formę ucieczki (także na emigrację wewnętrzną), gdyż uznawał, że jego zadaniem jest czynne włączenie się w odrodzenie polskiej kultury po największej katastrofie w naszych dziejach.
Jego nieskrywanej radości z przywróconej do życia Warszawy trudno się dziwić. W drugiej połowie 1944 r. stolica padła ofiarą bezprecedensowego w nowożytnych dziejach barbarzyństwa: w gruzy obrócono 85% jej zabudowy, w tym 90% świątyń i budowli zabytkowych, tyle samo muzeów, teatrów, archiwów i bibliotek oraz sal teatralnych i kinowych.
Symbolem zagłady dawnej Warszawy stało się zniszczenie kolumny Zygmunta w nocy z 1 na 2 września 1944 r., a więc jeszcze w czasie powstania. W tym samym miesiącu na Rynku Starego Miasta spłonęła kamienica Baryczków z unikatowymi zbiorami varsavianów. W połowie października ogień
Polska po wielkiej klęsce
Dominik Horodyński: realista czy romantyk?
Była straszna klęska… Jerzy Stefan Stawiński, żołnierz powstania warszawskiego, dowódca kompanii „Baszta”, autor scenariusza filmu „Kanał”, nie cierpiał powstańczych uroczystości, tych organizowanych w III RP. Mówił o powstaniu w sposób wstrząsający. „Pan spojrzy przez okno, wychodzi na Fort Mokotów. Proszę pana, na ten fort przeznaczyliśmy jedną kompanię »Baszty«. I ta kompania, mając parę pistoletów maszynowych, dwa czy trzy, a poza tym tylko granaty i pistolety, wyległa na ulicę Racławicką, żeby zdobyć ten fort. Spotkał ich taki grad pocisków, że cała kompania – koniec. Parę osób się uratowało. Pięć minut trwało tutaj powstanie, to było wysłanie ludzi na rzeź”. To o pierwszym boju, na Mokotowie. A te historie, gdy ewakuowali się kanałami? „Ja przecież wprowadziłem do tego kanału 70 osób, a wyszedłem we dwie albo trzy. Reszta dostała się do Niemców albo gdzieś po drodze zginęła. To potworne przeżycie…”. I dodawał: „To żadne bohaterstwo iść w gównie…”.
Zdzisław Sadowski, wicepremier w czasach Wojciecha Jaruzelskiego, żołnierz powstania, batalionu „Krybar”, członek ONR, od początku uważał, że ten zryw jest bezsensowny, że przyniesie nieszczęście, klęskę. Ale iść trzeba. Bo w kulcie powstań był wychowany. Tak zresztą uważali wszyscy związani z obozem narodowym, choćby Wiesław Chrzanowski, żołnierz batalionu „Gustaw”, z tej części Narodowej Organizacji Wojskowej, która podporządkowała się dowództwu AK. I Sadowski, i Chrzanowski wyszli z powstania z ciężkimi ranami.
Więcej szczęścia miał Dominik Horodyński. Również był w powstaniu. „Byłem przez pierwszy miesiąc adiutantem pułkownika Jana Mazurkiewicza »Radosława« i widziałem rzeczy, które jeszcze czasem mi się śnią”, mówił. Wspominał też, jak przenosił meldunki – piwnicami, między stłoczonymi cywilami. I to, czego się nasłuchał. Że paniczyki wymyśliły sobie powstanie.
Słowo paniczyki było na miejscu. Stawiński to licealista z V LO im. Księcia Józefa Poniatowskiego, Sadowski – uczeń Batorego, Chrzanowski – syn profesora politechniki, ministra w II RP. I on, Horodyński, rocznik 1919, matura w Wilnie, studia prawnicze w Krakowie, z zamożnej, wpływowej rodziny, gospodarującej na 10 tys. ha na Wileńszczyźnie i w Tarnobrzeskiem. Wojna zmiotła cały jego świat. W roku 1943 w Zbydniowie jego rodzina została wymordowana przez oddział pacyfikacyjny SS. Dwaj bracia zginęli w 1944 r., podczas nieudanej akcji Kedywu na Pawiak.
A jego Polska…
Mówił, że nie miał złudzeń. „Pamiętam 9 maja 1945 r. Byłem w Krakowie, strzelano na wiwat z radości, a ja chodziłem po ulicach, byłem zupełnie sam i nie miałem absolutnie poczucia zwycięstwa”.
Był rozbitkiem, jak miliony innych. Miał 26 lat, ale nie patrzmy na ten wiek dzisiejszą miarą. Wszechstronnie wykształcony, od najmłodszych lat miał najlepszych guwernerów. Wojna dodała mu dojrzałości. I orientował się, jaki jest układ sił, co jest realne, a co nie. Przyjaźnił się z Aleksandrem Bocheńskim, wielkim zwolennikiem realizmu politycznego. „Uważaliśmy, że sojusznicy zachodni oddali Moskwie nie tylko Polskę, ale tę część Europy. I że siły, by temu się przeciwstawić, nie mamy. Bo jak przeciwstawić się Armii Czerwonej? Więc Polsce grozi kształt Księstwa Warszawskiego plus Wielkie Księstwo Poznańskie, może jakiś kawałek Śląska. I wielkie straty na wschodzie. Po prostu katastrofa. Mieliśmy poczucie przegrania wojny. Nie przegrania z Niemcami, tylko przegrania interesów Polski. Więc w takiej sytuacji trzeba szukać porozumienia z nową władzą, z Rosją, bo tylko jakiś układ z nią może nam zapewnić zachowanie państwa”.
Nie był w swoich opiniach wyjątkiem. Poczucie katastrofy było powszechne. Najpierw katastrofy roku 1939. „Nienawiść do tzw. pułkowników przez pierwsze lata okupacji była straszna”, mówił Horodyński. A potem katastrofy powstania warszawskiego – „Skala tej klęski była przeraźliwa”. Do tego utrata Wilna i Lwowa. I całkowita bezsilność. „Nie chcemy Wrocławia, nie chcemy Szczecina!”, wołał premier rządu londyńskiego Tomasz Arciszewski. Ale był to okrzyk pusty.
Co nie znaczy, że głosów nawołujących do myślenia realnego nie było. W 1945 r. Stanisław Grabski, brat Władysława Grabskiego, dwukrotnego premiera II RP, sam dwukrotny minister i przez kilka lat przewodniczący Związku Ludowo-Narodowego, wydał w Londynie broszurę zatytułowaną „Nil desperandum”. Wykładał w niej bezpośrednimi słowami: „Rok 1939 zakończył historię Polski Jagiellońskiej, przesuniętej na wschód, z ludnością polską, ukraińską i białoruską. To koniec. Polska nie odzyska granicy ryskiej, bo nie ma na to siły, musi zgodzić
Migawki i obrazy
Bieszczady, blisko granicy ukraińskiej. Ból, że tak mało pamiętamy o wojnie, o zabitych i o naszych rannych braciach. Piękne krajobrazy z grzbietu zapory solińskiej, w wodzie kłębowisko nadzwyczaj dużych karpi wąsatych, ludzie je dokarmiają ze szczytu zapory. Potem Sanok, zamek, a w nim muzeum. Rewelacyjne zbiory obrazów Zdzisława Beksińskiego. Pochodził z Sanoka, zapisał miastu w spadku swoje obrazy. Pamiętam, jak byłem w jego mieszkaniu na Służewie nad Dolinką. Mieszkanie i zarazem pracownia Beksińskiego znajdowały się w brzydkim bloku, tam został zamordowany. Słabo pamiętam malarza, najlepiej to, jak stoję w oknie i patrzę na krajobraz tej smętnej dzielnicy. Świetny film o nim „Ostatnia rodzina”.
Dwór w Komborni, luksusowy hotel z basenem, tam kilka dni. Niedaleko wieś Haczów, gdzie znajduje się najstarszy w Europie drewniany kościół gotycki. Jakim cudem ocalał? Zdumiewające, bo wokół pusto i głucho, a świątynia otwarta, nikt jej nie pilnuje, w środku tylko my. Wiele mroku i zapach drewna pociemniałego od upływu czasu. Obok niepiękny murowany kościół, o tyle oryginalny, że wzniesiony w 1944 r. Pamiętam czasy, gdy kościoły były zawsze otwarte, dzisiaj to dziwi. Wsiadamy do samochodu, gdy z nowego kościoła wychodzi ksiądz, otwiera drzwi auta, zdejmuje sutannę i od razu traci powagę. Mundur i sutanna mają moc.
Rzeszów, oszołomienie jego urodą i dostatkiem, piękny rynek, promenada. Franek, który ma słabość do wieżowców, zachwyca się niemal już ukończonym wysokościowcem, który stoi nad Wisłokiem, niedaleko starego miasta. Ten kontrast – wieżowiec i stare miasto. Budynek jest zaskakująco wzniosły








