Niby-polityka niby-partii

Niby-polityka niby-partii

Jeśli jest coś przyjemnego w czasie pandemii, to bliskie i życzliwe relacje z wieloma naszymi Czytelnikami. Najwyższa pora podziękować za wszystkie dobre słowa i życzenia, uwagi i propozycje tematów. Kłaniam się darczyńcom, którzy wspierają naszą fundację. I autorom, którzy wybrali nasz tygodnik jako miejsce rozmowy z niemałą wspólnotą ludzi myślących podobnie.

W redakcji w oczekiwaniu na szczepienia nie zawieszamy na kołku nowych pomysłów. Termin kontaktu z pielęgniarką nie zależy przecież od nas. Za to na twórcze wykorzystanie rozpoczętego roku mamy spory wpływ. Z takim optymistycznym nastawieniem nie jesteśmy sami. Dużo się dzieje. Z różnych miejsc w kraju dostajemy sygnały o ciekawych akcjach, pomysłach, nowych ideach. Pojawiają się nowi liderzy.

Nikt na szczęście nie ma monopolu na trafne oceny i mądre diagnozy. Tym cenniejsze są wszystkie próby skupiania otoczenia wokół tych spraw, których nie rozwiąże za nas państwo. Zwłaszcza to w obecnym, mało sprawnym i bardzo ideologicznym kształcie. Najwyższa pora, by – choć z bólem – zacząć się rozstawać z ciągle żywą wiarą, że nasze problemy rozwiążą partie polityczne. Że wystarczy wybrać reprezentację polityków, a sprawy pomyślnie się potoczą. Na to, jak wiadomo, nie można liczyć. Bo też ile razy można sobie pluć w brodę, że kolejny raz programy wyborcze okazały się tylko kiełbasą wyborczą? I to z bardzo krótkim terminem przydatności.

Co więc zostaje? Skorzystać z mądrości Jacka Kuronia, który mówił do niezadowolonych: nie palcie komitetów, twórzcie swoje. Dlaczego partie polityczne tak bezczelnie traktują wyborców? Bo mogą. Za sprawą bierności tych, którzy narzekają, ale na lamentach kończą. Dzięki naszej pasywności, lękliwości i odwracaniu się plecami, gdy trzeba twardo mówić „nie”, partie mogą uprawiać tę swoją niby-politykę. A w praktyce jawnie doić ojczyznę oraz jej mniej zaradnych obywateli. Bo przecież ciemny lud i tak kupi każde, byle ładnie opakowane kłamstwo. Choć wystarczyłoby się zorganizować i pogonić te co i rusz nowe ekipy dojarek i dojarzy. Różnią się między sobą tylko coraz większą pazernością i coraz mniejszą kompetencją.

Gdy ponad tysiąc organizacji pozarządowych poparło Zuzannę Rudzińską-Bluszcz w staraniach o funkcję rzecznika praw obywatelskich, miałem niedawno taki sen. Ileż tysięcy ludzi za nimi stoi? A co by było, gdyby choć część z nich potrafiła się porozumieć i zbudować porozumienie wyborcze? Do parlamentu mogłaby trafić spora grupa ludzi potrafiących działać. I pomyśleć, czy taki projekt nie musi być tylko sennym marzeniem.

Wydanie: 4/2021

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy