Zaskoczenie islamskie

Zapiski polityczne

Amerykanie doznali od tak zwanych terrorystów porażki skutecznie druzgocącej ich poczucie bezpieczeństwa. Zostawmy w tej chwili na boku sprawę ich własnej, amerykańskiej odpowiedzialności za lekkomyślne wykształcenie sporej watahy niewątpliwych wrogów Ameryki, szkolonych amerykańskie pieniądze przeciw ZSRR w trakcie wojny afgańskiej i nie tylko wtedy. Zostawmy, gdyż to był tylko epizod wojny toczącej się na całym świecie od kilku dziesiątków lat, a rozpoczętej krótko po II wojnie światowej. Bez obawy popełnienia wielkiego błędu wolno uznać, że konflikt ze światem muzułmańskim rozpoczął się, gdy Palestyńczykom wystawiono do zapłacenia rachunek za holokaust.
Świat zachodni, mówmy w skrócie Zachód, nie potrafił i nie bardzo chciał ocalić europejską część żydowskiej diaspory od prawie totalnej zagłady. Poparciem dążeń syjonistycznych, czyli ponownym osiedleniem owej diaspory na terenie Palestyny – skąd Żydów wygnali jeszcze pradawni cesarze rzymscy – było stworzenie państwa Izrael, jako rodzaju zadośćuczynienia za przerażającą obojętność Zachodu wobec ludobójstwa dokonanego na narodzie żydowskim. Zachód poparł jego powrót na ziemie praojców, ale równocześnie inny naród, czyli Palestyńczycy, utracił swoją ojczyznę.
Niezbyt dawno temu, już jako dość stary człowiek, zjeździłem obszar konfliktu izraelsko-palestyńskiego inaczej, niż to robią zazwyczaj turyści. Pojechałem z pielgrzymką do Jerozolimy na motocyklu. Udało mi się poznać tamte strony inaczej, niż to się zazwyczaj widzi z okien turystycznych autobusów.
W wielu miejscach tej Ziemi Świętej dla kilku wyznań monoteistycznych łatwo, z wysokości siodełka motocykla, dostrzec niezliczone ruiny czy nawet zaledwie ślady po ruinach palestyńskich wsi, teraz zarośnięte trawą, jakby zapomniane. Ale nie zostaną tak szybko zapomniane Żydom inne ślady, tym razem w pamięci Palestyńczyków, którzy spędzili długie lata w więzieniach izraelskich. Spotkałem liczną reprezentację tych dawnych więźniów, gdy jako członek Rady Europy składałem pierwszą oficjalną wizytę parlamentarzystów europejskich w parlamencie Autonomii Palestyńskiej. Posłowie do tego nowego parlamentu mieli za sobą długie lata uwięzienia i błyski nienawiści w oczach.
To wszystko można opisać krócej i prościej. Narodowi palestyńskiemu zabrano z poręczenia Zachodu ojczyznę i świętości religijne. Tego ten naród i cały świat islamski nie mogą zapomnieć. Gdyby jeszcze Izraelczycy uprawiali wobec Palestyńczyków inną politykę, gdyby nie prowadzili intensywnej akcji osiedleńczej nowych kolonistów żydowskich na terenach ewentualnego państwa palestyńskiego, gdyby państwa arabskie świadomie nie unikały przejęcia sporej części wyzutych z ojczyzny Palestyńczyków i dawały im możność osiedlenia się w innych krajach, byłoby łatwiej rozwiązać ten tragiczny konflikt.
W Izraelu uderza wspaniały rozwój jego żydowskiej części i wielkie zacofanie, wręcz ubóstwo dzielnic palestyńskich. Tak jest obecnie i będzie jeszcze długo, gdyż niełatwo tam o pojednanie. By lepiej zrozumieć tragizm sytuacji, chcę opowiedzieć historię mego przyjaciela Witolda Jedlickiego. Osiadł on w Izraelu i tym się odznaczał, że zaprzyjaźnił się z intelektualistami palestyńskimi, co należy raczej do rzadkości. Po wielu latach zażyłości, gdy rozwinęła się intifada, zauważył, że w ogóle nie jest zapraszany do domów Palestyńczyków, a nawet świadomie bojkotowany przy różnych okazjach. Wreszcie spytał, dlaczego tak się dzieje. Otrzymał odpowiedź bolesną dla niego, ale wielce symptomatyczną. Spytano go: „Czy wy, tam w Polsce, w okresie okupacji hitlerowskiej utrzymywaliście stosunki towarzyskie z Niemcami?”. Bo dla Palestyńczyków Żydzi to okupanci, tak jak Niemcy dla Polaków w czasie ostatniej wojny.
Wróćmy jednak do Ameryki i jej wojny z tak zwanymi terrorystami. U jej podłoża leży wielka kompromitacja amerykańskich służb wywiadowczych i związana z tym tragedia wywołana iście barbarzyńskim atakiem na Nowy Jork i na Pentagon. Religijni fanatycy islamscy inaczej na to patrzą. Oni walczą z wrogiem, jakim jest dla nich Ameryka, spełniają swój religijny obowiązek zabijania amerykanów; są żołnierzami na froncie i giną odważnie, jak to się dzieje zwykle na wojnie. Islamscy fanatycy religijni dokonali straszliwego wynalazku wojennego. Narzędziem walki, prócz nich samych, stają się pasażerowie i załogi samolotów. Nikt nie był na to przygotowany i dlatego odnieśli złowrogi sukces. Fanatycy religijny zapowiadają dalsze akty walki i terroru. Amerykanie zaś, chcąc przekonać własne społeczeństwo, że władze dbają o zachowanie potęgi ich kraju, mnożą inne akty terroru, jakimi są bombardowania ubożuchnych wiosek i miast w Afganistanie. Organizują także przeogromną koalicję dla zwalczania wroga, który ich tak boleśnie ugodził. Gdy słucham tych tryumfalnych komunikatów o nowych bombardowaniach i gigantycznych siłach militarnych zmobilizowanych przeciw jednemu w gruncie rzeczy człowiekowi, to dochodzę do wniosku, iż tu idzie przede wszystkim o odzyskanie twarzy przed własnym, amerykańskim społeczeństwem.
Innym podłożem konfliktu prócz religijnego fanatyzmu islamskiego są zacofanie i nędza Południa, w tym krajów muzułmańskich. Sądzę, że gdyby spróbować wydać te pieniądze, gigantyczne pieniądze, jakie pójdą na wojnę z islamem (bo to już jest taka właśnie wojna) na rozwój zacofanych krajów Wschodu i Południa, byłoby łatwiej przywrócić pokój na świecie. Ale wtedy nie byłoby tego pokazu siły, jaki prezydent USA i jego ludzie organizują przede wszystkim na użytek społeczeństwa amerykańskiego, by zatrzeć katastrofalne wrażenie wywołane przez zaskoczenie islamskie. Cóż, Zachód bardzo długo i wytrwale pracował na wywołanie takiego zaskoczenia, ale nie sądzę, by obecnie praktykowana metoda wyjścia z tej smutnej sprawy – droga siły i przemocy, droga krwi i śmierci – była właściwa.

16 października 2001 r.

 

 

Wydanie: 43/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy