Kanada pachnąca lewicą

Siedzę sobie w hotelu i patrzę przez okno, z którego rozciąga się piękny widok prawie na całe miast. To miasto nazywa się Montreal. Żeby je zobaczyć w całej okazałości, wystarczy patrzeć z okna w dół i najlepiej po godzinie 16, ponieważ od godziny 6 rano do 16 brygada naprawia mur oporowy podtrzymujący górę z piękną willą znajdującą się po drugiej stronie ulicy.
Mur ten naprawiany jest już czwarty miesiąc i ma trwać to do zimy, z pierwszym dniem mrozów i padającego śniegu remont zostanie ukończony. Z tego, co wiem, roboty było na niecały miesiąc, ale trzeba dać zajęcie robotnikom, którzy z pierwszą gołoledzią udają się na bezrobocie. W związku z tym roboty trwają nieśpiesznie i tylko nieobjęty ochroną związku zawodowego i państwa socjalnego agregat prądotwórczy pracuje na okrągło, ponieważ za dużo wysiłku kosztowałoby operatora ciągłe włączanie i wyłączanie tego wyjątkowo hałaśliwego urządzenia. Agregat jest na benzynę i pochłania dziennie kilkadziesiąt litrów paliwa, ale to nikomu nie przeszkadza, ponieważ litr tego drogocennego płynu kosztuje tutaj około 90 kanadyjskich centów, czyli 2 zł i 50 gr.
Podobno takich placów budowy w państwie Kanada jest dużo więcej, ma to zapewnić pozostałym obywatelom tego przepięknego kraju pracę, godziwe zasiłki i jasną przyszłość.
Na spotkaniu z panem konsulem zapytałem:
– Czy opłaca się obecnie emigrować do tego państwa spod znaku klonowego liścia i syropu?
– Po co? – usłyszałem. – Wszyscy Kanadyjczycy szukają jakichkolwiek polskich korzeni, tylko po to, żeby wrócić do Polski, a chwilę później rozjechać się po Europie.
Ale wrócę jeszcze na chwilę do tego wolno sztywniejącego muru. Patrząc na tę robotę, coraz lepiej rozumiem, dlaczego wybory przegrał Sojusz Lewicy. Ponieważ zamiast przyspawać do tego muru robotników i bezrobotnych, jak to czyni Kanada i robił PRL, przyspawał sam siebie.
PS Właśnie SMS-em otrzymałem z kraju wiadomość, że coraz realniejsze jest ustanowienie „becikowego”.
To jest błąd, panie premierze Marcinkiewicz, to się może nie sprawdzić. Problem z rozmnażaniem narodu można rozwiązać o wiele prościej. Trzeba tylko przekazywać mężczyznom 100 zł miesięcznie z zaznaczeniem, że to na prokreację. Po dziewięciu miesiącach ten, którzy nie ma wyników, wypada z gry. I proszę mi wierzyć, za dziesięć lat przegonimy Chińczyków.

Wydanie: 46/2005

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy