Do Tomasza Jastruna

Do Tomasza Jastruna

Tomku,
Znamy się już 50 lat. Bodaj przez cały ten czas byliśmy z jednego politycznego brzegu (no, ja bardziej na lewo). Czytałem twoje wiersze i niektóre mnie urzekły. Nie podobają mi się natomiast twoje felietony. I nie chodzi o to, że z co trzeciego dowiadujemy się o twojej współpracy z „Kulturą” Giedroycia, z co drugiego o spotkaniach autorskich, podczas których publiczność jest tobą zachwycona, a już w każdym spotykasz jakiegoś celebrytę, z którym jesteś per ty i znasz się intymnie albo od kołyski. Egocentryzm jest nudny, ale daje się ostatecznie wytrzymać. Gorzej, gdy wielki Tomasz, który wszystko wie, wszystkich zna i wszystko rozumie, zaczyna ferować wyroki, i to na podstawie swojego widzimisię, ubranego w rzekome dialogi i fałszywe wyznania. A to ci się, niestety, coraz częściej przydarza. Przykładem twój felieton „Martwi i żywi” w PRZEGLĄDZIE nr 45/2019 i to, co w nim wypisujesz o Andrzeju Żuławskim, który – rzecz jasna – w przeciwieństwie do mnie „bardzo lubił” twoje felietony, nie tylko „lubił”, ale nawet „bardzo”. Nigdy od niego o tym nie słyszałem, ale cóż, nie zgadało się. Zacznijmy od końca twoich wynurzeń o Andrzeju: „Pamiętam, pijemy herbatę w jego domu w Wesołej, cierpiał po rozstaniu z Marceau, mówię mu, zaskakując sam siebie: »Andrzej, ty przecież nikogo nigdy nie kochałeś«. Drgnął, jakbym go obudził, i powiedział: »To prawda, ale nie mów o tym nikomu«”. Otóż, Tomku, nigdy nic takiego Andrzejowi Żuławskiemu nie powiedziałeś. Po pierwsze, dlatego że jesteś człowiekiem dobrze wychowanym, więc takie chamstwo nie przeszłoby ci przez usta, szczególnie w odniesieniu do człowieka cierpiącego (a niby dlaczego cierpiał, skoro nigdy nie kochał?). Po drugie, dlatego że po takim odezwaniu się Andrzej od razu wyrzuciłby cię za drzwi. A trzeba być już zupełnym psychologicznym ignorantem, żeby przypisać mu tchórzliwe „ale nie mów o tym nikomu”. Tutaj już rodzi się wręcz pytanie, czy ty Andrzeja w ogóle znałeś, czy tylko spotykałeś przypadkowo na snobistycznych spędach. Zresztą i inne twoje analizy osobowości Żuławskiego, brzydko mówiąc, o kant potłuc. Pomijam już niekonsekwencje: „Ten brak wątpliwości Żuławskiego był artystycznym dramatem, bo dobrej sztuki nie da się tworzyć bez wątpliwości”, a jednocześnie: „Zrobił karierę międzynarodową”. Jakiż ten świat głupi (ileż głupszy od ciebie), że nie zauważył, że był Andrzej w „swoim talencie poważnie wybrakowany, wszystko mu się jakby ulewało, nie trzymało brzegów”. Jego onegdajsza partnerka oświadczyła ci (różne rzeczy mówią byłe partnerki o byłych partnerach, ale w tym przypadku wiesz – skąd? – że mówi „celnie”), że „gardził wszystkimi”. Dziwnym trafem nigdy nie czułem się przez Andrzeja pogardzanym, podobnie jak Joanna Rawik czy wielka jego przyjaciółka Kasia Merta, że o nich tylko wspomnę. Aczkolwiek rzeczywiście starał się nie uzewnętrzniać swoich sentymentów, jakby bał się wszelkiego ekshibicjonizmu. O starszym synu opowiadał mi nieraz – wiedział, że go nie znam, więc mu nie powtórzę – z rozbrajającą czułością. Skądinąd mówiono mi (relata refero), że w bezpośrednich z nim stosunkach był wymagający, szorstki i odległy. Tyle że owa nieśmiałość głosu serca i strach przed jego wyrażaniem ma się do pogardy jak pięść do nosa.

Sztuki zaś Andrzeja Żuławskiego po prostu, Tomaszu Jastrunie, za grosz nie rozumiesz. Było kiedyś w Polsce i mimo zaciekłych krytyk Zygmunta Kałużyńskiego święciło niemałe sukcesy kino niepokoju moralnego. Większość filmów Andrzeja można by nazwać kinem niepokoju intelektualnego. Są to przypowieści-pytania o relacjach uczuć, sentymentów i pożądań z rozumem. Ten konflikt, tak podstawowy w egzystencji ludzkiej, staje się niekiedy pustoszący, wyradza się i przemieszcza w sferę szaleństwa. Obrazy Żuławskiego podążają za nim i trzeba je wtedy – pisałem o tym kiedyś – „odczytywać na drugim, trzecim i, Bóg wie, może jeszcze czwartym poziomie”. Przychodzi prostak i mówi: „W jego filmie ludzki mózg wyżerają łyżeczką”. Faktycznie, jest taka scena. Ale nie bierze się ona znikąd. Nic się tam „jakby nie ulewa”. Jest to swoisty znak apogeum zatraty stanowiący logiczne zwieńczenie narracji.

W 1994 r. napisał Żuławski powieść „Juki podróżne”. Jest to właściwie zbiór cytatów z różnych dzieł i myśli rozproszonych samego autora. Dopiero jak mozaika składana ze szkiełek staje się całością. Trzeba sobie jednak zadać trud i pracowicie tę mozaikę poskładać. A wtedy okazuje się, o dziwo, że wszystko tu precyzyjnie się dopasowuje i zazębia. Nie ma niczego, co by się „nie trzymało brzegów”. Jeden z ostatnich cytatów w „Jukach podróżnych” pochodzi z „Running in the family” Michaela Ondaatje: „Mój ojciec kochał książki i moja matka też, ale mój ojciec połykał serca książek i zachowywał tę wiedzę i wzruszenie dla siebie”. Myślę, że i w tym jest jakiś klucz do Żuławskiego.

Tomku, może ci się Żuławski nie zwierzał ani twoich felietonów nie czytał, ani tobą nie pogardzał, ani kaleczył, ani obrażał, tylko cię najprościej w świecie lekce sobie ważył. To wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Tak bywa. I po co wokół tego tworzyć od razu całą filozofię? I tak go umniejszyć nie dasz rady.

Wydanie: 48/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 1 grudnia, 2019, 22:55

    renegatów już nikt nie czyta, to piszą do siebie

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy