Takie mamy śledzie, jakie nam przywieźli

Zapiski polityczne

Niedawny wyrok Sądu Najwyższego oczyszczający Mariana Jurczyka z zarzutu kłamstwa lustracyjnego, a tym samym z zarzutu współpracy z SB, stał się także surowym napiętnowaniem całego absurdalnego zamieszania lustracyjnego. Sąd Najwyższy stwierdził, iż zaskarżone orzeczenie lustracyjne „zapadło z rażącym naruszeniem prawa procesowego. Wytknął Sądowi Apelacyjnemu, że nie odniósł się do „niebudzących wątpliwości dowodów”, iż zachowanie Jurczyka nie było tajną i świadomą współpracą agenturalną. Sąd Apelacyjny w sposób rażący naruszył reguły gry w ocenie dowodów oraz dokonał ustaleń faktycznych, pomijając wiele istotnych elementów”. Takie zdania przeczytałem w „Rzeczpospolitej” z 4.10.2002 r.
To orzeczenie jest jeszcze jednym dowodem przeciw dalszemu działaniu zarówno samej ustawy lustracyjnej, jak i fanatycznych poczynań rzecznika Nizieńskiego. Już mu raz to wytknąłem w czasie debaty sejmowej, co ponoć nie kwalifikuje się „pod paragraf”, jak to było z moją surową oceną wyroku na Mariana Jurczyka zaraz po jego wydaniu, za co prokurator rejonowy, pani Agnieszka Muł, wytoczyła mi proces grożący wyrokiem trzech lat więzienia, gdyż sędziowie lustracyjni poczuli się obrażeni moim artykułem w „Przeglądzie” i złożyli doniesienie do prokuratury o obrazę majestatu sądowego, zaś pani prokurator – łamiąc stosowny artykuł konstytucji RP broniący wolności poglądów – uznała za stosowne mnie oskarżyć. Warto w tym miejscu przypomnieć treść owego artykułu 54 konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Cytuję ustawę zasadniczą, gdyż byłem członkiem Komisji Konstytucyjnej, która przy wściekłym oporze prawicy i kleru przygotowała ten dokument będący wielką chwałą polskiej myśli prawniczej.
Bardzo jestem ciekaw, jak teraz, po decyzji Sądu Najwyższego, potoczy się moja sprawa w sądzie. Wszak nie powiedziałem o wyroku wydanym przez Sąd Apelacyjny na Jurczyka ostrzej, niż to usłyszała cała Polska w wypowiedzi sędziego Hofmańskiego dotyczącej wyroku SN zapadłego jako ostateczny, czyli raz na zawsze kończącego całą sprawę.
Rozumiem zapalczywość sędziów Sądu Apelacyjnego wykazaną w mojej sprawie, gdy unisono zeznawali przed panią prokurator, że czują się obrażeni moimi ocenami ich decyzji uznającej Jurczyka za kłamcę lustracyjnego. Napisałem wówczas, iż była to zaplanowana i wykonana zbrodnia sądowa. Treść ostatecznego orzeczenia Sądu Najwyższego jest o wiele surowsza, ale i dotkliwsza dla autorów przekreślonego na zawsze wyroku, gdyż wykazuje zarówno naruszenie samego prawa, jak i rażącą nieudolność zawodową ludzi skazujących Jurczyka.
Przyczyną tego zbiorowego poczucia obrazy jest – jak sądzę – fakt, iż sędziowie Sądu Apelacyjnego zostali przyłapani przeze mnie na postępowaniu nagannym moralnie i sprzecznym z podstawowymi zasadami uczciwego sądzenia, mianowicie rozpatrywaniu oskarżeń przy drzwiach zamkniętych. Uważałem i nadal tak myślę, iż tajne procesy są zjawiskiem wyjątkowym, tam gdzie idzie o bezpieczeństwo Rzeczypospolitej, natomiast chronienie tajemnic dawnego aparatu bezpieczeństwa i sądzenie w trybie tajnym jest prawnie i moralnie naganne. Jeśli takie prawo obowiązuje, gdyż uchwalił je Sejm RP, to uczciwy człowiek nie powinien przyjmować na siebie takich obowiązków, tak jak ja i bardzo wielu moich kolegów nie poszliśmy w latach stalinowskiego terroru na kariery sądownicze, gdyż to groziło nam uwikłaniem w zbrodnie sądowe. Uchwalona przed wielu laty międzynarodowa konwencja ochrony praw człowieka wyraźnie zakazuje tajnego sądzenia, a gdy dzieje się to po to, aby ochronić mroczne tajemnice dawnej ubecji, naganność moralna takiego postępowania jest dla mnie oczywista. Ale cóż, ludzie złapani na gorącym uczynku dopuszczania się poczynań niemoralnych muszą się bronić za wszelką cenę i tak zrobili sędziowie Sądu Apelacyjnego, zeznając prawie jednomyślnie, co jest widoczne w aktach sprawy, że czują się obrażeni moimi sformułowaniami, o ileż łagodniejszymi niż słowa sędziego SN, pana Hofmańskiego.
Warto przy okazji zbliżającej się mojej rozprawy sądowej wyjaśnić, co uważam za ową będącą przedmiotem sporu „zbrodnię sądową”. Jest to skazanie człowieka bez dowodów winy, a także rozpatrywanie oskarżeń w trybie tajnym, co powinno być bardzo rzadkim wyjątkiem. Moją moralną odrazę budzi także zaciekłość wręcz inkwizycyjna rzecznika Nizieńskiego, jak również zlekceważenie przez prokuraturę rejonową artykułu 54 konstytucji, której piątą rocznicę uchwalenia będziemy właśnie czcić, w czym pewnie nie wezmę udziału, bo znowu wędruję do szpitala.
Nie piszę tego wszystkiego, by bronić siebie. Byłoby pięknym zakończeniem mojej kariery żywicowej, gdybym teraz – przy zbliżającej się osiemdziesiątce lat życia – trafił znowu, po raz już nie pamiętam który, do więzienia, a dowodem szczególnej łaski boskiej byłaby moja śmierć w więzieniu.
Nie dziwi mnie także inny zdumiewający fakt związany z moją sprawą kryminalną. Otóż – mimo jaskrawej bezprawności całego postępowania w mojej sprawie – nikt nigdy spośród obrońców praworządności i sprawiedliwości nie poświęcił choćby jednego słowa zbliżającemu się procesowi. Jakieś prasowe pętaki umieściły tu i ówdzie ironiczne komentarze do moich tekstów na ten temat, ale samą sprawą złamania artykułu 54 konstytucji przez prokuraturę rejonową nie zajął się nikt, mimo iż – jak mi oświadczyła pani prokurator – sprawą zajmowały się dwie wyższe instancje prokuratorskie, a w ogóle to ja nie sądzę, by młoda pani prokurator sama z siebie podjęła decyzję uruchomienia machiny sądowniczej. Skargę „skrzywdzonych rzekomo” moimi słowami sędziów musiała przyjąć, ale dalsze kroki musiały zostać zaplanowane bądź nakazane znacznie wyżej. Cóż taką mamy sprawiedliwość, jakąśmy sobie zgotowali. Inaczej mówiąc: „Takie mamy śledzie, jakie nam przywieźli”.
9 października 2002 r.

 

Wydanie: 41/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy