Rzeczpospolita smutasów i społeczne rozbicie

Rzeczpospolita smutasów i społeczne rozbicie

Poza zapóźnieniem gospodarczym, które jest typowe dla krajów peryferyjnych i zewnętrznych wobec światowego centrum, w Polsce najbardziej doskwiera typ stosunków międzyludzkich. Jeden problem łączy się oczywiście z drugim.
Niskie dochody i problemy w sferze socjalnej muszą wpływać na kondycję psychiczną Polaków. To w jakiś sposób tłumaczy te ciężkie spojrzenia, sfrustrowane miny, nieufność wobec otoczenia i tłumioną agresję. A także coraz wyższe statystyki osób, które korzystają z pomocy psychiatrycznej w kraju obchodzącym 25 lat „wolności i demokracji”. Ale poza presją ekonomiczną i kiepskim standardem socjalnym jest jednak coś jeszcze, co sprawia, że polska ulica wygląda, jakby kręcono tutaj jakiś ciężki dramat społeczny dozwolony od lat 18 i dla osób o mocnych nerwach. Większość spotykanych w przestrzeni publicznej osób świetnie dopasowała się do ról nieszczęśników, męczenników i innych poturbowanych przez życie statystów w tym narodowym spektaklu.
Jednak nie tylko kiepski socjal buduje tę atmosferę. Także w miejscach, gdzie można spotkać lepiej sytuowanych rodaków (np. w niektórych markowych sklepach) nie wyczuwa się luzu. Tyle że wśród rodzimej klasy średniej zamiast frustracji spotykamy nadęcie, sztywność, zimny egoizm i mieszankę wyrachowania oraz zwykłego chamstwa – trochę na zasadzie „zejdź mi z drogi, nie wiesz, z kim masz do czynienia, mnie się należy”. To również nie są zachowania typowe dla osób z polotem czy ciekawych świata i innych ludzi.
O ile w pierwszym przypadku napotykamy mur, za którym bieda chroni się przed wzrokiem otoczenia (zgodnie z sugestią niemieckiego socjologa Ulricha Becka, że „ubóstwo chowa się we własnych czterech ścianach i jest aktywnie ukrywane”), o tyle w drugim przypadku niewidzialne zasieki oddzielają „sukces prywatny” od całej niegodnej obcowania z nim reszty. Jedną grupę od drugiej dzieli pozycja ekonomiczna, ale obie łączy niechęć do zbiorowego działania i samoorganizacji społecznej. Jednym i drugim pozostają tylko „wspólnoty wyobrażone” – na siłę podtrzymywane przy życiu narodowe mity i historyczne rocznice idealizujące jakieś odpryski z przeszłości. To poniekąd tłumaczy typowo polskie sadomasochistyczne skłonności do celebrowania nieszczęść, katastrof i porażek. Cierpiętnicza martyrologia i mity trudnej historii niedocenianej przez cały świat to jedyny wspólny kod kulturowy i język zrozumiały dla samotnego tłumu złożonego z wyobcowanych jednostek.
Prof. Jan Widacki, szanowny Kolega redakcyjny, dostrzega pewien postęp w zewnętrznym obrazie krainy położonej między Odrą i Bugiem i nie może zrozumieć, dlaczego 40% obywateli tego kraju chce głosować na PiS. Kilkaset kilometrów wybudowanych autostrad i trochę nowych budynków nie zmieniło jednak mentalności ani nie przeorało skostniałych struktur organizujących życie zbiorowe społeczeństwa polskiego. Nie zmieliło też zaściankowych uprzedzeń i kulturowych represji. Konserwa trzyma się mocno. I nawet otwarcie granic i migracja Polaków nie wpuściły na razie do kraju świeżego powietrza w takiej dawce, która zmiotłaby ze sceny archaicznych aktorów politycznych i zburzyła nieprzystające do współczesności instytucje. Do tego dochodzą olbrzymie nierówności społeczne – prawie 70% pracowników w Polsce nie osiąga i tak niskiego poziomu średniej krajowej.
Za fasadą odnowionych budynków wciąż kryje się często masa uprzedzeń, nacjonalistycznych mitów, niechęci wobec inności, frustracji wywołanej niskimi dochodami, strach przed nowymi ideami i stylami życia. W szklanych biurowcach trwa natomiast bezwzględny wyścig szczurów. Kapitalizm w polskim wydaniu skupia się tylko na chłodnym ekonomizmie – nadbudowa społeczna nie interesuje go w ogóle. Dlatego zarówno w przypadku mieszkańców starych kamienic, jak i wierzących w mit własnego sukcesu pracusiów ze szklanych budynków korporacyjnych, brakuje silnych więzi społecznych, atmosfery zaufania i poczucia przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty.
I tutaj właśnie pojawia się PiS, które nie tylko zagubionym i wypchniętym na margines przez prawa rynku tłumaczy po swojemu przyczyny tego stanu rzeczy (wskazując jako winnych „układy”, mityczną postkomunę i kosmopolitycznych „salonowców”), ale także zmęczonym wyścigiem szczurów osobom z klasy średniej obiecuje przynależność do „wspólnoty” połączonej prawdą, tradycją i religią. Propozycja PiS, pojawiając się w sytuacji znudzenia PO i braku jakiejkolwiek innej opowieści o Polsce, sprawia wrażenie jedynej alternatywy wobec technokratycznych rządów Tuska i powszechnego poczucia atomizacji oraz rozbicia społecznego.
I ważne są w tym momencie nie wskaźniki ekonomiczne, ale panująca w Polsce atmosfera zupełnej alienacji. Konserwatywna prawica gra na emocjach i obiecuje życie „we wspólnocie prawych i moralnych” – tyle że oznacza to wykluczenie dla wszystkich, którzy preferują inne wersje prawdy i modele moralności. Nie mając wiele do zaproponowania, po zdobyciu władzy prawica zagwarantuje igrzyska dla ludu, polowanie na czarownice i obronę „czystości zasad”. Dystanse i podziały społeczne nie zmniejszą się ani trochę.
Na razie nie widać jednak na horyzoncie innej poważnej alternatywy wobec oligarchicznego ekonomizmu PO i gorącej wizji „zamkniętej wspólnoty” PiS. Jedna i druga oferta to droga w przeciwną stronę niż demokratyczne, bardziej równościowe i oświecone społeczeństwo.

Wydanie: 34/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy