Niech mnie znowu skarżą

ZAPISKI POLITYCZNE
W poprzednim numerze “Przeglądu” ukazał się tekst pani Barbary Trębskiej – Rzeczniczki Prasowej Sądu Apelacyjnego w Warszawie, skierowany przeciwko mojej krytyce pracy Sądu Lustracyjnego. W tekście pani Rzeczniczki nie ma ani słowa o istocie sporu pomiędzy nami. Są natomiast liczne potępienia: pisze pani Rzecznik o moim nierzetelnym i bezprecedensowym atakowaniu sędziów orzekających w Wydziale Lustracyjnym Sądu Apelacyjnego; pisze o inwektywach pod adresem sędziów; stwierdza, że moje zarzuty stanowią pomówienie sędziów o popełnienie przestępstwa i naruszenie ich dóbr osobistych, za które to pomówienie mógłbym być pozwany w celu dochodzenia ochrony tych dóbr w sposób prawem przewidziany.
Co jest istotą mego oburzenia na sędziów lustracyjnych? Proste! Fakt, iż znakomita większość rozpraw toczy się w trybie tajnym. Pani Rzecznik wyłuskuje z szeregu tajnych rozpraw te zaledwie dwie jawne, prowadzone przeciw prezydentom Rzeczypospolitej, byłemu i obecnemu, jako dowód przeczący mojej tezie o kapturowym trybie rozpatrywania zarzutów. Niestety, reszta tych rozpraw była utajniona. Ja rozumiem konieczność utajniania postępowania przed sądami, gdy rozpatrywane jest oskarżenie np. o szpiegostwo. Wtedy ujawnianie różnych dowodów oskarżenia mogłoby naruszać tajemnice służb specjalnych. Natomiast dramaty ludzkie, nieraz sprzed kilkudziesięciu lat i oskarżenia oparte na dowodach zgromadzonych przez stalinowską z rodowodu bezpiekę, chronione tajnością rozprawy – to jest skandal moralno-prawny. Tu leży istota naszego sporu. Ustawa lustracyjna jest wadliwa prawniczo i niemoralna jako norma proceduralna. Moim zdaniem, sądzenie na podstawie takiego prawa hańbi sędziów, którzy się tego podejmują.
Tu leży istota naszego sporu. Pani Rzecznik uważa zapewne, że skoro istnieje prawo, nawet złe – ale prawo, to należy realizować jego postanowienia zarówno co do jego istoty moralnej, jak i przepisów proceduralnych. Ja jestem przeciwnego zdania. Nie powinni znaleźć się w zespole sędziów Rzeczypospolitej Polskiej ludzie gotowi iść na taką hańbiącą ich dobre imię propozycję ustawodawców – wydaną nie w trosce o prawdę i sprawiedliwość, lecz mającą służyć jako narzędzie walk politycznych.
By nie być gołosłownym, powiem, że prawo lustracyjne jest jawnie sprzeczne z europejską tradycją wymiaru sprawiedliwości. Co zarzucam tej ustawie? Po pierwsze, brak precyzyjnego określenia winy i warunków uznania jej za przestępstwo. Po drugie, brak przedawnienia. Wielkie zbrodnie ulegają przedawnieniu, zaś fakt, iż ktoś został przez bezpiekę zmiażdżony i podpisał zgodę na współpracę, a potem nie wspomniał o tym przy wypełnianiu ankiety personalno-lustracyjnej, ma po kilkudziesięciu latach powodować aż tak surową karę jak pozbawienie na 10 lat prawa do zajmowania stanowisk publicznych, jest prawnym, zbrodniczym nonsensem. Istotny jest wszakże nie sam podpis, lecz ewentualne szkody, wyrządzone innym “klientom” bezpieki.
Po trzecie, zarzucam temu prawu stalinowski z rodowodu element konieczności samooskarżenia się. Publiczne przyznanie się do klęski poniesionej w nierównej walce z bezpieką uwalnia obwinionego. Pani Rzecznik jest zapewne młodą osobą i nie wie, jak to było ongiś. Byłem wielokrotnym więźniem komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, polskiego i bolszewickiego, i dobrze wiem, jak wygląda łamanie ludzi. Boję się, a nawet wiem, że młodzi sędziowie tego w ogóle nie rozumieją. Kilka miesięcy temu odbyła się przeciw mnie rozprawa apelacyjna od wyroku dla mnie niekorzystnego, jaki wydał Sąd Okręgowy w Białymstoku. Rozprawa toczyła się w gmachu i zapewne w sali, gdzie, jako piętnastoletnie dziecko, byłem oskarżony o szpiegostwo i torturowany, by zmusić mnie do przyznania się do winy. Wytrzymałem i dlatego żyję. Gdybym się załamał, czekały mnie Kuropaty, czyli kopia Katynia. Wszak działo się to w strasznym roku 1940. Gdy spostrzegłem na początku rozprawy, że toczy się ona w gmachu, na którym wisi tablica poświęcona pamięci męczenników NKWD – powiedziałem sędziom o tym, w jak trudnej sytuacji psychicznej się znalazłem, iż muszę rozprawiać w miejscu przywodzącym straszne wspomnienia. Pokwitowali moje dramatyczne wyznanie skrywanymi uśmieszkami, a gdy moje zdenerwowanie sytuacją, w jakiej się znalazłem, dawało o sobie znać – szanowny sąd karcił mnie – jakby nie chciał zrozumieć mojego położenia w tym fatalnym dla mnie lokalu.
Zapewne z uwagi na moją przeszłość reaguję ostro na wszelkie przejawy naruszania elementarnych zasad europejskiej tradycji prawnej. Uważam tajność rozpraw sądowych w sprawach o złamanie ludzi przez bezpiekę i zmuszenie ich do współpracy bez udowodnienia, iż działali na czyjąś szkodę, za sądową zbrodnię i pani Rzeczniczka nie zastraszy mnie ewentualną skargą o ochronę dóbr osobistych, o czym napomknęła na końcu swego pisma. Proszę bardzo. Niech mnie pozywają. Nie boję się i twierdzę, że musi być ktoś mający odwagę mówienia prawdy w oczy ludziom, którzy błądzą. Taki jest obowiązek pisarza, a to jest mój zawód. Nie będę pierwszym autorem stającym przed sądem w obronie zasad moralnych, które obecnie są w Sądzie Lustracyjnym jawnie naruszane. Sędziowie Rzeczypospolitej już raz zbojkotowali złe prawo, wydane w tej samej sprawie i uważam, iż powinni to uczynić ponownie, jeśli im starczy odwagi. Ale wyznam także, że jeśli tej odwagi zabraknie, zrozumiem ich lęk. Lata stalinowskie nauczyły nas bać się złej i głupiej władzy. Ten lęk jest trwały. Środowiska polityczne, stanowiące prawo, popełniają głupstwo za głupstwem, idiotyzm prawny za idiotyzmem – by wspomnieć chociaż tylko przypadek wyrzucania na bruk ulicy lokatorów mieszkań mających małe dzieci, bądź kobiet w ciąży – postanowione przez ludzi mających gęby pełne frazesów o działaniu dla dobra narodu. Sędziowie mogliby łagodzić te złe skutki głupoty prawodawców, a jednak sądy polskie orzekły setki, może nawet tysiące ogromnych krzywd, wyrządzonych ludziom biednym, spowodowały tysiące dziecięcych lęków – sprawiły, że wielka rzesza matek wylała morze łez.
Uważam działanie Sądu Lustracyjnego, ze szczególnym potępieniem metod pracy Rzecznika Interesu Publicznego, także za bezmyślne narzędzie krzywdy, za udział w walce politycznej rozszalałych oszołomów. Rozumiem, że to, co piszę, może być przykre, nawet bardzo, dla sędziów. Nie chcę ich krzywdzić, ani obrażać. Pragnę jedynie uczulić środowisko sędziowskie na zjawisko zła, jakie się dzieje z ich udziałem. Kto się czuje obrażony, niech mnie skarży. Powtórzę każdy zarzut publicznie przed sądem. Ktoś musi mówić prawdę. Niech mnie znowu skarżą.
18 stycznia 2001 r.

Wydanie: 4/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy