Prosty sposób na przełamanie imposybilizmu prawniczego

Prosty sposób na przełamanie imposybilizmu prawniczego

Swego czasu, gdy PiS fundowało nam IV RP, jego liderzy narzekali na „imposybilizm” prawniczy. Tym wymyślnym i pseudouczonym słowem nazywali ograniczenia prawne działania skutecznego i zmierzającego w zaplanowanym przez nich i w ich mniemaniu słusznym kierunku. Narzekali, że prawo utrudnia im owo słuszne działanie. Cierpieli więc i kombinowali, jak prawo zmienić, jak usunąć tworzone przez nie bariery. Zmiana prawa była trudna, bo nawet gdyby udało się im takie wygodne dla nich prawo uchwalić, musieli się liczyć z tym, że Trybunał Konstytucyjny może zakwestionować jego zgodność z konstytucją. Kombinowali zatem, jak tu zmienić konstytucję, nie mając konstytucyjnej większości w Sejmie. Boczyli się więc na Trybunał i na sądy, narzekając, że uparte w swej niezawisłości, „wciąż jeszcze nie są nasze”. Ale z prawem, choć przychodziło im to z bólem, wciąż się liczyli.
Tymczasem sposób na imposybilizm prawniczy jest prosty. Może nawet na niego wpadli, ale nie mieli odwagi go zastosować. A przecież można „mieć przepisy prawa w nosie” i robić to, co się uważa za celowe. Na to jednak się nie odważyli.
Min. Gowin takich skrupułów nie ma. Wzorem wszystkich fanatyków od lewa do prawa mocno przywiązany do swoich racji, obwieścił, że przepisy prawa ma w nosie, jeśli utrudniają mu robienie tego, co uważa za słuszne. Filozofia to oryginalna i dla demokratycznego państwa prawa nadzwyczaj niebezpieczna. Wygłaszana publicznie przez ministra sprawiedliwości brzmi groźnie.
Co to znaczy, że w nosie ma się literę prawa, a realizuje jego ducha? Otóż ducha prawa można odczytywać różnie. Inaczej odczyta go Palikot, inaczej Kaczyński, inaczej Gowin. A najciekawsze, jak odczyta go np. poseł Kłopotek albo jakiś inny równie bystry. I każdy z nich będzie przekonany, że on właśnie i tylko on odczytał go prawdziwie. A przepis prawa jest jednoznaczny. Mówi wyraźnie, co wolno i czego nie wolno.
W demokratycznym, praworządnym państwie prawo jest rzeczą świętą. Organy państwowe bezwzględnie muszą go przestrzegać. Wolno im robić tylko to, co przepisy prawa nakazują albo na co pozwalają. Więcej wolno ludziom. Mogą robić wszystko to, czego im prawo wyraźnie nie zakazuje. To najbardziej elementarna zasada praworządności.
W państwie prawa prawo ma pierwszeństwo przed polityką, to ono wyznacza granice dozwolonego działania. Zarówno państwa, jak i jego obywateli. Nie może być tak, że prawo jest stosowane wtedy, gdy ułatwia komuś jakieś działanie, a łamane, gdy utrudnia. Łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby każdy w swoim działaniu kierował się przez siebie odczytanym duchem prawa, w nosie mając jego literę.
Taka jest filozofia wszelkich anarchistów i rewolucjonistów. Są oni z zasady najgłębiej przekonani, że mają rację i receptę na dobro. Przy takim przekonaniu, zwłaszcza mocnym u wszelkich fanatyków, prawo bywa zastępowane „duchem”, „rewolucyjnym sumieniem” lub jeszcze czymś innym, temu podobnym.
Gdy minister sprawiedliwości mówi publicznie, że ma w nosie prawo, to tak, jakby minister zdrowia wyznał, że w nosie ma zdrowie społeczeństwa, albo minister finansów nagle oświadczył, że w nosie ma budżet, a pieniądze będzie wypłacał z kieszeni kamizelki, wedle uznania.
Mówiąc, że przepisy prawa ma w nosie, Gowin nie tylko ośmieszył się po raz kolejny, pokazując swoją dramatyczną niekompetencję. Ujawnił przy okazji, że jego poglądy polityczne są identyczne z poglądami Ziobry czy Kaczyńskiego, a może nawet jeszcze radykalniejsze. Takie wyznanie jak to określające jego stosunek do prawa ujawnia te poglądy opinii publicznej. Głupio więc czują się chyba ci, którzy głosowali na Platformę, bo bali się PiS. A teraz Kaczyński czy Ziobro chwalą Gowina. Oni, gdy rządzili, przynajmniej udawali, że z trudem, bo z trudem, ale prawo szanują. Gowin nawet nie udaje. Ma prawo w nosie i publicznie to oświadcza.
Jeśli w imię słusznych celów (co jednemu wydaje się słuszne, drugiemu może się wydać niekoniecznie słuszne albo zgoła niesłuszne) można mieć w nosie prawo, to grozi nam kompletna anarchia. Każdy racjonalizowałby swoje działania słusznością dążenia do dobrego (choć co dla jednego dobre, dla drugiego może dobre nie być). A co by było, gdyby feministki, równie mocno jak Gowin przywiązane do swoich racji, po swojemu odczytujące ducha prawa, mając literę prawa w nosie, zaczęły jawnie dokonywać aborcji?
Polska jest dziwnym krajem, w którym kolejni ministrowie sprawiedliwości nie ustają w wysiłkach, by obniżyć i tak nie za wysoką w społeczeństwie kulturę prawną.
Nie wiem, czemu premier to toleruje. Czy mu to nie przeszkadza? A jeśli nawet nie przeszkadza, to czy jako wytrawny polityk nie czuje, że każde zacieranie różnic ideowych między Platformą a PiS rozbraja straszak napędzający jego partii elektorat? Dlaczego, jeśli nie ze strachu przed rządami PiS, ludzie głosują na Platformę? Co będzie, kiedy dojrzą, że tak naprawdę nie ma różnic ideowych między Gowinem a Ziobrą?

Wydanie: 40/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy