O czym marzy pani minister

Nasz rząd, kierujący się według słów premiera zasadami miłości, ma także sympatyczną skłonność do marzycielstwa. Tak więc minister szkolnictwa wyższego przedstawiła niedawno swoje marzenie, aby za pomocą zachęt finansowych stworzyć „polski Oksford”, czyli jedną z najstarszych, bo sięgających XI w., a także najlepszych uczelni na świecie. Jest to marzenie wygórowane, ale bez marzeń nie ma postępu i deklaracja pani minister obudziła dość żywą dyskusję wśród pracowników nauki, a nawet studentów.
Oczywistością tej dyskusji jest kwestia pieniędzy, a więc pewnik, że bez odpowiednich nakładów finansowych nie ma mowy o szkolnictwie wyższym nie tylko w dziedzinie nauk eksperymentalnych, ale i humanistycznych. Polski fizyk, medyk, astronom, jeśli chce osiągnąć liczące się wyniki, musi wyjechać za granicę, gdzie operować może nowoczesnym sprzętem niezbędnym do badań naukowych. Ale także wydziały humanistyczne wyższych uczelni, a więc teoretycznie polegające tylko na myśleniu, nie mogą się obejść bez stale rosnących nakładów finansowych na sprzęt, literaturę, uposażenie pracowników naukowych i dydaktycznych, a wreszcie na to, aby pracownik naukowy miał za co myśleć, nie goniąc za gotówką. Pieniądze potrzebne są również na to, aby zajęcia dydaktyczne mogły być prowadzone w grupach nie większych niż tuzin słuchaczy, bo dopiero wtedy powstaje możliwość kontaktu pomiędzy wykładowcą a studentem i rzeczywistego kierowania jego rozwojem umysłowym.
Są to wszystko banały i chociaż rozogniają one namiętności zainteresowanych dyskutantów, stanowią w istocie zmartwienie administratorów i finansistów.
Znacznie natomiast ważniejsze i trudniejsze jest pytanie, po co nam właściwie wyższe uczelnie i uniwersytety.
Odpowiedź, która pada tu zazwyczaj, brzmi, że są to miejsca, które kształcą fachowców w coraz to nowych, bardziej skomplikowanych dziedzinach, gdzie poziom wykształcenia warunkuje rozwój gospodarczy. A także że nauka we wszystkich dziedzinach jest drogą do dobrobytu społeczeństw.
Jest to odpowiedź tak powszechna, że aż dziw bierze nad odwagą Franka Furedi, pochodzącego z Węgier profesora socjologii uniwersytetu w Kent, który w wydanej obecnie w Polsce książce „Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?” pisze po prostu, że celem i sensem nauki jest poszukiwanie prawdy. Furedi z zapałem broni tej tezy – oczywistej z kolei jeszcze 100 czy 200 lat temu – polemizując m.in. z poglądem postmodernistów, dla których, według słów Lyotarda na przykład, profesor „nie jest bardziej kompetentny od komputerowych zasobów pamięci, by przekazać ustaloną wiedzę”.
Książka Furediego jest głosem w toczącej się już od dawna dyskusji nad obowiązkami i pozycją uczonego i intelektualisty rozumianego inaczej niż fachowiec czy też ekspert w rodzaju tych, jakich oglądamy w telewizji. Są to bowiem zazwyczaj ludzie, którzy istotnie, zgodnie z opinią Lyotarda, nie wyrastają poza rolę twardych dysków komputerowych i wyrzucają – choć też nie wszyscy – poprawne odpowiedzi na trafnie zadane pytania. Ich obraz jest jednak częścią ogólnego procesu, który ogarnia świat współczesny, a który opisywany jest jako infantylizacja społeczeństw, dominacja rozrywki nad kulturą, dramatyczny spadek poziomu wiedzy ogólnej, a także zanik wyobrażenia o celach, do których zmierzają lub powinny zmierzać współczesne społeczeństwa.
W świecie współczesnym żyje obecnie i pracuje więcej uczonych i badaczy, niż było ich na naszym globie od początku świata. Zarazem jednak spełnia się opinia Ortegi y Gasseta z roku 1925, że mamy mniej „ludzi wykształconych”, niż było ich w roku 1750. Wykształconych, to znaczy takich, dla których wiedza ugruntowana w jakiejś konkretnej dziedzinie stanowi punkt wyjścia dla formułowania prawdy o świecie, o społeczeństwie, o celach i sensie ludzkich działań, co czynili w XVIII w. francuscy encyklopedyści.
Ten proces degradacji umysłowej połączony z nieustannym rozwojem wynalazczości technicznej i zdolności instrumentalnych w działaniach społecznych gwarantuje nam z całą pewnością, że za dziesięć lat będziemy korzystali z urządzeń cyfrowych, o których dzisiaj nie śmiemy nawet pomyśleć, a równocześnie podobnie jak dzisiaj nie będziemy wiedzieli nic lub prawie nic o tym, dokąd zmierza społeczeństwo ludzkie, jakie zmiany nastąpią w stosunkach międzyludzkich, wreszcie co wyniknie z narastających nieustannie napięć pomiędzy bogactwem a nędzą, głodem a marnotrawstwem, rasami i religiami, coraz dłuższym życiem człowieka a coraz mniejszą ilością pracy. Odpowiedzi na te pytania nie przyjdą bowiem od ekspertów zatrudnianych przez korporacje, ale przyjść mogą od uczonych i intelektualistów.
I tu wracamy do Oksfordu i nie tylko do Oksfordu, ale do uniwersytetu w ogóle. Obecny, opisany tu bieg świata jest korzystny zarówno dla ośrodków władzy kapitałowej, banków, przedsiębiorstw, korporacji, pozwalając im na dowolne manipulowanie ludzkimi odruchami rynkowymi, jak i dla ośrodków władzy politycznej, ułatwiając rządzenie zdziecinniałą masą. Na tym tle uniwersytet z prawdziwego zdarzenia stać się może jedynym instytucjonalnym miejscem, gdzie zasada poszukiwania prawdy, a nie korzyści, może stworzyć zaporę przeciwko temu stanowi rzeczy.
Ale to już nie zależy od pieniędzy, a przynajmniej nie tylko od pieniędzy. Jeśli bowiem mówimy o Oksfordzie, Princeton, Sorbonie, Harvardzie czy Heidelbergu, to myślimy nie tylko o świetnie wyposażonych ośrodkach szkoleniowych, ale o etosie i zasadach myślenia, obowiązujących w tych uczelniach. Leży przede mną (z komputera oczywiście!) lista czołowych absolwentów Oksfordu i jeśli znajduję na niej zarówno Williama Gladstone’a, Margaret Thatcher i Tony’ego Blaira, Billa Clintona, Benazir Bhutto i Indirę Ghandi, którzy zmieniali świat, jak i odkrywcę „czarnych dziur” Stephena Hawkinga, który zmienił obraz wszechświata, a także Oskara Wilde’a, Tolkiena czy filmowca Kena Loacha, którzy zmienili literaturę i film, to rozumiem, że musiał panować tu etos wychylający się ponad ekspercką użyteczność. Że pytania o kształt świata jako całości stawiali tam uczeni, a nie komputery, i że tylko tam na zebraniu koła naukowego zdarzyć się mógł ów słynny incydent, kiedy to dwaj wielcy myśliciele, Karl Popper i Ludwig Wittgenstein, w obecności Bertranda Russella na dodatek, zamierzyli się na siebie pogrzebaczami od kominka, dyskutując, czy istnieją „problemy filozoficzne” (Popper), czy też po prostu „zagadki”(Wittgenstein).
Polska miała kiedyś takie uniwersytety. Lwowski ze szkołą logiki i szkołą matematyczną z jej „księgą szkocką” paradoksów matematyki. A także powojenny Uniwersytet Warszawski z polską szkołą socjologii społecznej.
Pytanie o uniwersytet jest więc pytaniem, czy pani minister marzy o przeciwstawieniu się bezrozumnej pogoni rozwoju i biznesu na rzecz poszukiwania prawdy, czy też marzy po prostu o bardziej sprawnej fabryce ekspertów.

Wydanie: 9/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy