Leo, why?

Leo, why?

Piłka zepchnęła na drugi plan wszystko. I trudno się dziwić, bo pierwszemu awansowi Polaków do finałów mistrzostw Europy towarzyszyły tak buńczuczne zapowiedzi, że apetyty kibiców rosły i rosły. Jechaliśmy do Austrii silni, zwarci i gotowi wygrywać z każdym. Głosy rozsądku tonęły w powodzi flag na balkonach i samochodach. By było zabawniej, springerowskie gazetki w Polsce ogłosiły wojnę z Niemcami, a w Niemczech z Polakami. To się nazywa mieć łeb do interesów, a publiczność traktować jak skończonych matołów. Skończyło się zresztą jak zwykle. Byliśmy za słabi, nawet na tak słaby zespół jak Austriacy. Bezradni, wolni i nieporadni technicznie. Takie są nagie fakty. Widział je każdy, kto nie miał opaski na oczach albo kogo nie przymulił nadmiar piwa. Polacy po bardzo przeciętnej grze nie zasłużyli na zwycięstwo. Tak to widzieli i oceniali tylko nieliczni eksperci: Włodzimierz Lubański i Wojciech Łazarek. Większość, niestety, wolała wieszać psy na angielskim sędzim Howardzie Webbie. To on ukradł nam zwycięstwo. To Webb pogrążył Polskę. Anglik był dobry, gdy mimo spalonego uznał bramkę Polakom. Nie minęła godzina, gdy, jak stwierdził piłkarz Golański, angielski sędzia oszukał cały polski naród. Co do mnie, to nie czuję się oszukany, a jeśli już, to przez paru naszych piłkarzy, którym uwierzyłem, że są dobrze przygotowani do turnieju. Ile ich słowa były warte, każdy widział na murawie. Nie dość, że grali źle, nawet bardzo źle, to jeszcze z pretensjami do całego świata. A co ten świat zobaczył? Pogubionych, topornych, grających ciągle do tyłu piłkarzy, którym piłka odskakiwała, gdzie chciała. Kompletnie zawiedli liderzy. Krzynówek zupełnie bez formy, a Smolarek praktycznie niewidoczny. O tym, że nie jesteśmy wirtuozami piłki, każdy wie. Teraz na tle czołówki europejskiej mogliśmy to zobaczyć jeszcze wyraźniej. Zabrakło nam nie szczęścia, ale piłkarskiej formy.
Po raz kolejny okazało się, że wielki turniej nie wyzwala w Polakach nadzwyczajnych umiejętności. Ostatni raz wyszliśmy z grupy na mistrzostwach świata w Meksyku. Byłem w Monterey, gdy 22 lata temu wygraliśmy z Portugalią 1:0. Bramkę strzelił wówczas ojciec Ebiego, Włodzimierz Smolarek. Ile lat będziemy jeszcze czekali, by syn przeskoczył ojca?
Politycy przylepili się do reprezentacji, bo liczyli, że oczekiwane sukcesy piłkarzy spłyną i na nich. A tu taka klapa. Premier okazał się sprytniejszy od prezydenta Kaczyńskiego i na mecz nie pojechał. A to, co ten świeżutki kibic powiedział po meczu z Austrią, przejdzie do annałów bajd i banialuk.
Szkoda mi tylko trenera. Leo Beenhakker zrobił dla naszej piłki bardzo wiele. Stał się też jej ofiarą. Uwierzył swoim piłkarzom. Zapomniał, że ma tylko Boruca. A reszcie nie staje talentu. A na dodatek zabrakło im ochoty do naprawdę ciężkiej pracy, także poza treningami z Beenhakkerem.
Wracamy z Austrii na tarczy, ale przed nami eliminacje do mistrzostw świata w RPA. Spróbujmy jeszcze raz. Z Leo.

Wydanie: 25/2008

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy