Nadpobudliwość

Nadpobudliwość

Niemcy i Rosjanie zawarli umowę o budowie gazociągu biegnącego po dnie Bałtyku. Ta inwestycja ma zapewnić Niemcom i niektórym innym krajom Europy Zachodniej dywersyfikację dostaw energii. Do tej pory są one niebezpiecznie uzależnione od eksporterów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu, gdzie wpływy na politykę uzyskuje lub może uzyskać wrogi Zachodowi islamski fundamentalizm. Dostawy z Rosji są pewniejsze i tańsze.
Kontakt Gazpromu z koncernami niemieckimi, popierany przez rządy obu krajów, wywołał nieumiarkowanie wrogą reakcję polskich polityków i dziennikarzy, zawsze nadpobudliwych, ale tym razem przechodzących samych siebie. Od prezydenta RP do doktoranta w instytucie naukowym do spraw Wschodu i Zachodu wszyscy wypowiadają się w tym samym duchu urażonej godności narodowej. Według „Gazety Wyborczej”: „Prezydent Aleksander Kwaśniewski zarzuca Niemcom, że nie pytając nas o zdanie, dobili targu z Moskwą” (8 września). Czy postąpili bezprawnie? Czy istnieje jakaś konwencja międzynarodowa, nakazująca kontrahentom z dwu państw pytać o zgodę rządu państwa trzeciego? Skąd się biorą uroszczenia Polski do zezwalania albo zabraniania innym krajom na zawieranie takich lub innych umów handlowych? Prócz kwestii prawnej istnieje jeszcze pytanie o korzyści lub szkody, jakie umowa może mieć dla nas. W całej tej nieprzytomnej wrzawie, jaka w Polsce wybuchła i zresztą trwa, nie było słychać nikogo, kto by wyjaśnił, na czym polega szkodliwość niemiecko-rosyjskiej umowy dla Polski. Nikt tego nie powiedział, ponieważ nikt tego nie wie. Gdyby nie rurociąg bałtycki – powiadają jedni – to Polska w przyszłości mogłaby mieć dochody z tranzytu; drudzy temu przeczą, twierdząc, że już istniejący gazociąg jamalski nie daje Polsce żadnych dochodów, co mnie dziwi. Jedno wydaje mi się pewne: realnymi, mierzalnymi korzyściami dla gospodarki polscy politycy mało się interesują. Gdy Rosjanie proponowali nowy gazociąg przez polskie terytorium, mądry rząd Buzka na to się nie zgodził, bo nie było to korzystne dla Ukrainy. Projekt zarzucono, a Polsce i Ukrainie od tego nie zrobiło się lepiej. Jeżeli politycy i dziennikarze chcą wiedzieć, dlaczego Rosjanie i Niemcy wolą omijać polskie terytorium, niech sobie przypomną, co się działo, gdy rozeszła się wiadomość, że obok jamalskiej rury gazowej położony został światłowód, bardzo, nawiasem mówiąc, skromny. Minister sprawiedliwości Kaczyński skierował sprawę do prokuratury, a cały gazociąg jamalski był pod obstrzałem tych samych polityków i dziennikarzy, którzy teraz robią Gazpromowi zarzut, że nie buduje „drugiej nitki”.
Polska postsolidarnościowa jest wściekła na Moskwę i Berlin nie z powodu utraty jakichś korzyści ekonomicznych, bo takich skutków umowa mieć nie będzie, lecz dlatego, że Niemcy w tym wypadku zignorowały polskie roszczenia do dyrygowania polityką wschodnią Unii Europejskiej. Jest to wielki despekt dla polityków warszawskich i nie ostatni. Jak daleko sięga polska wola dominacji nad polityką europejską, świadczy taka oto wypowiedź z miarodajnej gazety: „Rura przez Bałtyk może też przekreślić plany dostaw do Europy gazu z Azji Środkowej, który jest najgroźniejszą konkurencją dla rosyjskiego gazu. Po pomarańczowej rewolucji Ukraina z wielką determinacją starała się o poparcie Zachodu dla dostaw azjatyckiego gazu”. Ukraina über alles. Czy w Warszawie nie wiedzą, że nad Azją Środkową krąży widmo antyzachodniego islamu i uzależnienie się od tego rejonu, żeby uniezależnić się od krajów arabskich, jest zamianą niedającą pożądanych korzyści? Sytuacja się zmieni, jeżeli Amerykanie opanują trwale ten region, na co się nie zanosi.
Gazociąg bałtycki w żaden sposób nie prowadzi do umniejszenia dostaw rosyjskiego gazu do Polski, mimo to były premier Buzek, jego ministrowie i ich następcy podsuwają absurdalne, ciągle to samo, rozwiązanie: gaz z Norwegii, co najmniej o 30% droższy od rosyjskiego. Czy od tego gazociąg bałtycki straci dla Niemiec rację bytu? Jakimi krętymi drogami chodzą myśli tych ludzi? Jaki mętlik panuje w tych głowach! Ktoś im wstrzyknął do mózgów truciznę pod nazwą rusofobia, wskutek czego nie są już zdolni do jasnego myślenia w sprawach zagranicznych.
Jak zwykle najbardziej absurdalne zdania wychodzą z „umiarkowanej” Platformy Obywatelskiej; poseł z tej partii mówi: „Umowa rosyjsko-niemiecka dowodzi nieudolności czteroletnich rządów lewicy” („Rzeczpospolita”, 9 września). Trzeba było – mówi – zapewnić Polsce silną pozycję, to gazociągu bałtyckiego by nie było. Silną pozycję zapewnia się Polsce inaczej niż innym krajom: ostrym gadaniem, polityką historyczną, „dawaniem po łapach” sąsiadom, zwłaszcza Rosji, bo jak wiadomo, ona „szanuje tylko siłę”. Również Niemcy szanują siłę, metoda na zdobycie ich szacunku to żądanie reparacji wojennych. Z takich żądań bierze się siła. Kandydat na prezydenta Kaczyński zapowiedział, że nie przepuści niemiecko-rosyjskiego gazociągu przez polską strefę ekonomiczną na Bałtyku. Również urzędujący prezydent chciałby szkodzić, gdyby mógł; nie mogąc, liczy na protest ekologistów i wcale się nie krępuje tego mówić.
Jak powiedziałem, niemiecko-rosyjska umowa nie narusza ani prawa międzynarodowego, ani żadnej konwencji, ani dobrych zwyczajów. Solidarność europejska, na którą Polacy się powołują, istnieje tylko w ich głowach jako pretensja do narzucania innym swoich poglądów. Sami do żadnej solidarności z państwami Unii się nie poczuwają.
Polska uprawiałaby dyplomację kanonierek, gdyby miała kanonierki. Jest sfrustrowana, bo musi się zadowolić dyplomacją prostackich inwektyw. Kanclerz Schröder powiedział rzecz oczywistą: „Decyzje o polityce energetycznej zapadają w Berlinie i nigdzie indziej”. Tuż, tuż premier Rokita na to: „To wyjątkowo bezczelny tekst”. Ktoś jest bezczelny, ale nie ten tekst. Ekspert od polityki zagranicznej idzie jeszcze śmielej i wpisuje kanclerza na „czołowe miejsce na polskiej czarnej liście niemieckich przywódców, którzy najbardziej zaszkodzili Polsce” („Gazeta Wyborcza”, 9 września). Nie pierwsze miejsce, ale czołowe, gdzieś po Hitlerze, Franku, Bismarcku, Fryderyku II.
Piszę „Polska”, „Polacy”, ale czytelnik rozumie, że chodzi o klasę polityczną i dziennikarską. Jest ona umysłowo wykolejona wskutek bezustannego zwalczania czegoś, a zwłaszcza kogoś. Gra rolę także czynnik świadomości kolektywnej, za który wszyscy jesteśmy odpowiedzialni i – sytuacja prawie bez wyjścia – wobec której jesteśmy bezsilni. Patrzymy na to, co tamci robią, dziwimy się, oburzamy, łapiemy się za głowę i staczamy się – nie w przepaść, nie, ale na jakieś śmietnikowe pobocze historii europejskiej.

Wydanie: 38/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy