Płot jako projekt polityczny

Płot jako projekt polityczny

W stulecie uzyskania (co do odzysku można mieć wątpliwości, czy Polska królewsko-arystokratyczno-szlachecka, z pańszczyzną i bez kanalizacji, naprawdę była już Polską) niepodległości rządząca partia szykuje trwałe, mocarne i stalowe odgrodzenie parlamentu od społeczeństwa, czy mówiąc jej językiem – suwerena, chcąc opasać teren kilkumetrowej wysokości płotem. Symbolika tego gestu jest i porażająca, i humorystyczna. Historia dramatycznych i nierzadko krwawych wydarzeń w okolicach Sejmu w 20-leciu międzywojennym nie podsunęła nikomu takiego pomysłu. Władze PRL w czasach spokojnych czy w stanie wojennym również na to nie wpadły. Dopiero dziś, po dwóch i pół roku rządów absolutnych, strach rządzących nabiera wymiaru architektury oddzielenia. Budowa takiego realnego, choć przecież politycznego muru, nawet jeśli jest ażurowy i właściwie można go ciepło, po chłopsku (jak to w chłopskiej Polsce) nazwać płotem, jest przyznaniem się do lęku, wyrazem obaw, manifestacją słabości i niepewności. Cykor w postaci klinicznej, wzorcowej. Przestrzeń władzy musi być sterylna, nienaruszalna, nieprzekraczalna. Władza nie lubi być niepokojona, zaczepiana, dopytywana, konfrontowana z brakiem aplauzu, niechęcią, a może nawet wrogością. Ta władza nie jest w swoich lękach odosobniona, ale akurat w Polsce ta władza się odgradza namacalnie i materialnie. Nawet to niezłe do krzyczenia: „Ta władza się odgradza!”. Wcześniej odgrodziła się, przejmując media publiczne (a raczej te resztki, które po nich – nigdy nieistniejących po 1989 r. – jeszcze zostały), tworząc miejsce propagandowej tyraliery i piknikowych warunków dla nieśmiało odpytywanej władzy. Nie padają pytania trudne, nie pojawiają się kwestie kłopotliwe – można pleść, co ślina na język przyniesie. W wersji hard – zada się pytanie lizusowskie, w ogóle nie zada pytania lub walnie pokłon.Za mur publicznych mediów nie przedrze się nikt, kto zada pytanie przez władzę niechciane.

Obecna władza lubi podkreślać swoją demokratyczną totalną legitymację. Wszak w wyniku wyborów rządzi formalnie samodzielnie (formalnie, bo konieczne i nieocenione jest wsparcie pół- i ćwierćfaszystów od Kukiza). Skąd zatem te lęki? Z poczucia realnego kontaktu z rzeczywistością, w której nie istnieje władza wieczna i nieusuwalna. A niektóre poczynania (choćby łamanie konstytucji) mogą mieć jednak konsekwencje w nie tak odległej przyszłości. Krzyki spod parlamentu w grudniu 2016 r. i lipcu 2017 r. zostały usłyszane. W tym kontekście dziwić może, że odstawiony do bocznego gaju szkodnik stulecia Jan Szyszko, dawny pomysłodawca zaekranienia Polski dźwiękoszczelnymi planszami przy drogach, nie dał rady teraz ich przeforsować wokół parlamentu. Widać realny brak wpływu, choć poniewczasie. W sądach wciąż nieprzetrawionych przez „dobrą zmianę” zapadają jeden za drugim wyroki uniewinniające protestujących pod Sejmem i Senatem oraz podczas tzw. miesięcznic smoleńskich, uznanych ostatnio przez sąd za prywatne imprezy, a nie zgromadzenia publiczne. Tam też obarierkowanie i zapolicjantowanie przestrzeni sięgnęło wyżyn absurdu. Oraz kosztów. I tu się rodzi pomysł na późniejsze odszkodowania za nagrody w milionach złotych i pieniądze wyrzucone na barierki i płoty. Partia ma budżet, z którego ma czym zapłacić. PiS jako jedyna partia uwłaszczona po 1989 r. na majątku wspólnym chce budować w centrum Warszawy wieżowiec i rentierować. Jak przyjdzie płacić za fanaberie i butę – będzie miał komornik po co przyjść.

Ale ten płot w głowach to coś więcej niż ogrodzenie na Wiejskiej. To pewien stan świadomości, która uzurpacyjne poczucie własnej ważności i pseudopaństwowotwórczej aktywności lubi przekuć w niezmąconą wygodę, liczne gratyfikacje i na dodatek święty spokój. A tu się okazuje, że lud demokratyczny ani myśli milczeć, usuwać się z oczu i uszu. Wręcz przeciwnie, krzyk potężnieje, co było widoczne podczas protestów czarnopiątkowych w kwestii praw kobiet. Już wielokrotnie wcześniej zauważałem pewien rodzaj powtarzalności zachowań tej władzy, które można nazwać infantylnym samooszukiwaniem się. Chowaniem głowy w piasek, zamykaniem oczu w nadziei na bycie niewidzialnym. Pierwszym elementem jest odsunięcie tych, którzy zakłócają taki błogostan i naruszają tym samym bezkrytyczne samouwielbienie. Ta władza zasługuje na niebotyczne nagrody finansowe, na parki aut rozbijanych przez brawurową, a niekompetentną ochronę, na komisje śledcze bez żadnych kompetencji merytorycznych. Ta władza sama i z pomocą zasilanych finansowo przez siebie mediów i instytucji zasładza się ponad poziom rozpuszczalności cukru. Niestety, odbiciem płotów w głowach są te realne, które fundują nam na ulicach, wokół granic, płotów odgradzających nas tak naprawdę i najboleśniej od modernizacji i pełnej istotnych wyzwań przyszłości, dla której jest kompletnie nieistotne, czy Jarosław Kaczyński usłyszy wykrzyczane w swoją stronę „Kłamca!” albo senatorowie własne nazwiska i obietnicę: „Będziesz siedział”. Jeszcze nigdy żaden płot nie ocalił władzy, która tak się broni i zasłania. Chyba że zmienimy wektory i wewnątrz zbudowanego płotu zostawimy ich samych, demokrację budując na zewnątrz.

Wydanie: 14/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy