Wielkość Leona Kieresa

Zapiski polityczne
7 marca 2002 r.

Gdy późną jesienią ubiegłego roku otwierałem – jako marszałk senior – obrady Sejmu RP, wzywałem posłów do odbudowania autorytetu Izby Poselskiej w opinii społeczeństwa. Moje słowa nie znalazły posłuchu. Z posiedzenia na posiedzenie ten mój wymarzony autorytet ginie, oby nie bezpowrotnie. Czasami wydaje mi się – gdy słucham obrad – że tak w dawnych czasach umierała niepodległa Rzeczpospolita Wielu Narodów. Nie trzeba czytać opasłych tomów historii. Wystarczy posłuchać telewizyjnych transmisji z Sejmu, by zrozumieć, skąd bierze się ów niewątpliwy brak szacunku społeczeństwa wobec posłów, których sporo ludzi traktuje jako nadmiernie wynagradzanych warchołów i oszołomów.
Dowodów w tej żałosnej sprawie dostarczyły dwa dni debaty sejmowej. Znaczną część pierwszego z tych ponurych dni zajął atak na znakomitego człowieka, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej – profesora Leona Kieresa. Drugiego dnia pastwiono się nad profesorem Leszkiem Balcerowiczem, prezesem NBP.
Leon Kieres wykonał niezwykłą pracę. W ciągu kilku miesięcy uruchomił potężną strukturę IPN, zatrudnił sporą gromadę prokuratorów i historyków, przejął sporą część akt służb dawnej bezpieki i nawet zdążył rozpocząć przyjmowanie wniosków o prawo wglądu do akt od wielu tysięcy zainteresowanych własną, jakże nieraz dramatyczną przeszłością.
Zamiast słów wdzięczności i uznania usłyszał wyrzuty i bezpodstawne oskarżenia. Przez prawie całą oskarżycielską debatę przewijał się jednoznacznie wątek polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu, wypowiadany napastliwie i oszczerczo. Siedziałem obok profesora i starałem się nakłonić go, by nie traktował tego upiornego widowiska zbyt poważnie, gdyż posłowie znają już na pamięć reakcje skrajnie prawicowych wybrańców narodu, a raczej nominatów dyrektora Rydzyka, gdy tylko pojawi się na wokandzie sejmowej jakakolwiek sprawa żydowska. Tym razem było Jedwabne. Rydzykowi ludzie chcieli koniecznie usłyszeć swoją własną lecz niestety kłamliwą prawdę, że Polacy wyszli z tej okupacyjnej opresji całkiem czyści, nic ich nie łączyło z okrutnym paleniem żywych Żydów. Podstawą ataków było jawne kwestionowanie wyroku, jaki przed laty wydał polski sąd uznający nie tylko policję niemiecką, ale i polskich kolaborantów za winowajców potwornej zbrodni. Jak można wierzyć stalinowskim sądom, pytali nieprzejednani. Leon Kieres odpowiadał, że jeśli uznamy tamten wyrok za wadliwy, to podważymy wszystkie wyroki wydane przez polskich sędziów na niemieckich zbrodniarzy oraz na ich polskich kolaborantów, zaś wnikliwe badanie ówczesnych procedur sądowych nie daje podstawy do kwestionowania owych wyroków.
Moje pocieszające słowa napotkały dramatyczne milczenie oskarżanego uczonego. Był jakby porażony tym, co słyszał. Przy zakończeniu wystąpienia powiedział tylko: „że poprzez udostępnianie wyników swej działalności instytutu stwarza każdemu obywatelowi możliwość sformułowania ocen na podstawie własnych przekonań i poglądów mających za przedmiot zdarzenia objęte narodową pamięcią. Nie jest natomiast celem Instytutu Pamięci Narodowej spełnianie – że użyję cudzysłowu – „zamówień na prawdę”, bez względu na to, z jakiej strony i przez kogo takie oczekiwania byłyby formułowane”.
Posłowie oskarżający, często bardzo brutalnie, uczonego oczekiwali z jego strony takiej właśnie prawdy na zamówienie. W odpowiedzi Leon Kieres przedstawił ponownie osiągnięcia instytutu, którym kieruje, i wskazał na dalsze zamierzenia. Byłem zdumiony godnością tego tak bardzo sponiewieranego poszukiwacza prawdy o naszej przeszłości. Nie odgryzał się, nie odszczekiwał. Zarzutów prawie nie odpierał, gdyż były postawione wbrew elementarnej uczciwości polemicznej. Spokojnie, rzeczowo podkreślał, że „bez pamięci o przeszłości, także z jej cieniami zła, które kładą się na teraźniejszości, nie jest możliwe zrozumienie sensu konstytucyjnej zasady głoszącej, że Rzeczpospolita jest demokratycznym państwem prawnym”.
To rzeczowe i godne podsumowanie debaty pełnej nienawiści i oszczerstw, kłamstw i pretensji pokazało tym, którzy są zdolni do zrozumienia cudzej wielkości, jak wspaniałą, dumną i rzetelną postacią stał się na polskiej scenie politycznej profesor Leon Kieres, uczony z Wrocławia.
Nieco inny, choć także paskudny, był przebieg rozprawy z profesorem Balcerowiczem. Nie oceniam dobrze kierowanej niego naszej transformacji ustrojowej. Ideologia liberalna nie nadawała się na podstawę zasad przekształceniowych. Popełniono morze błędów i narażono sporą część społeczeństwa na skrajną biedę, a także zrujnowano bezpowrotnie sporą część narodowego dorobku gospodarczego z lat powojennych, zniszczono efekty pracy wielu milionów ludzi. Zarzuty można mnożyć, ale to nie oznacza zgody na inkwizytorsko-karczemny tok tej debaty, gdzie racjonalne – być może – intencje przemawiających mieszały się z brutalną agresją słowną.
Profesor Balcerowicz wyszedł z tej przykrej opresji z wielkim spokojem i godnością. Podobnie jak poprzedniego dnia profesor Kieres Leszek Balcerowicz nie polemizował z chamstwem i oszołomstwem, jakie pojawiały się w debacie o pracy Rady Polityki Pieniężnej. Argumentował natomiast rzeczowo. Nie jestem ekonomistą i nie potrafię ocenić jakości merytorycznej tych argumentów.
Dwa dni debaty zostawiły mi przygnębiające wspomnienia. Nie za taką Polskę, jakiej ucieleśnienie możemy obserwować w pracy Sejmu RP, znaczna część mojego pokolenia młodzieży polskiej oddała swoje życie. Nie za taką! Zdumiewa mnie natomiast fakt, iż do klubu, ze strony którego płyną w Polskę hasła nacjonalizmu, antysemityzmu i nienawiści do wszystkich Polaków myślących niż inaczej patroni zwady narodowej, należą także osoby zasługujące na szacunek, rozumne i spokojne. Można im wybaczyć, że szły do Sejmu RP pod tymi sztandarami. Mogły przypuszczać, że katolicyzm wywrze swój wpływ na to środowisko. Zawiodły się. Dlaczego trwają w tym zespole?

 

Wydanie: 10/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy