Wakacje bez Giertycha

Wakacje bez Giertycha

Czy są w Polsce ludzie szczęśliwi? Co za pytanie, obruszy się czytelnik. Przecież to oczywiste. Skoro zawsze tacy byli, to są i teraz. Tyle że w końcówce czerwca znacząco przybyło ludzi zadowolonych. Żaden to cud, po prostu skończył się rok szkolny i dla milionów uczniów zaczęły się wakacje. Ulga, z jaką większość z nich rozstała się ze szkołą, mogłaby sporo powiedzieć nauczycielom i politykom, którzy majstrują przy systemie edukacji. Mogłaby, gdyby los najmłodszej generacji Polaków interesował rząd bardziej od porachunków z lekarzami czy nauczycielami. Bo o tym, że pomoc szkole mogłaby być ważniejsza od ulubionych zabawek władzy, w które pompuje publiczne pieniądze, nawet nie ma co marzyć.
W tej sytuacji trudno sobie odmówić złośliwości wobec IV RP, zwłaszcza gdy się ją porówna z wakacyjnym rozpasaniem Polski Ludowej. W wyklętej przez prawicę PRL mogło brakować wielu dóbr doczesnych, ale kolonie i obozy wypoczynkowe były powszechnie dostępne. I to w skali, jakiej dziś młodzi ludzie nawet nie są w stanie sobie wyobrazić. Co z tego zostało? Zapytajcie dziesięciolatka o kolonie. Niejeden nie będzie wiedział, o co chodzi, nie zna tego słowa.
W gospodarce rynkowej nie ma miejsca na sentymenty. Rynek turystyczny nie zna pojęcia klient bez pieniędzy. Polska bieda musi więc zostać w czasie wakacji tam, gdzie żyje i mieszka. Lewica, gdy jeszcze rządziła, próbowała coś z tym zrobić. Zdecydowanie więcej dzieci miało szansę na wyjazdy wakacyjne. Ale i tak nijak się to miało do skali, jaką zapewniała Polska Ludowa. Wiem, że jest to dziś trudniejsze niż kiedyś. Ale wiem też, że pozostawienie większości polskich dzieci samym sobie przez najbliższe dwa miesiące jest hańbą dla dorosłych. Zwłaszcza że dzieje się to w kraju, który marnotrawi tak wiele środków publicznych na biurokrację i kuriozalne pomysły rządu. Okazuje się, że na wszystko znajdują się pieniądze, a na dzieci już ich nie ma.
Miniony rok szkolny był fatalny dla polskiej oświaty. Z pewnością zapisze się jako jeden z najgorszych w historii. Ministrem edukacji został człowiek o poglądach, przed którymi cywilizowany świat zwykle chroni uczniów. A wielu z jego najbliższych współpracowników jeszcze niedawno było przedmiotem szczególnej troski organów porządku. Edukacja, którą mądre społeczeństwa traktują z największą powagą i wyjątkową ostrożnością, u nas została przehandlowana za doraźny interes partyjny. No i mamy to, czego można było się spodziewać. Zamiast rozwagi, namysłu, konsultacji i ucierania poglądów mamy ideologiczny skansen, zacietrzewienie i gorączkę prostackich pomysłów. Na każdy kłopot oświaty minister Giertych ma własną receptę. Zwykle nie są one zbyt skomplikowane. A prostym myślom towarzyszą prostackie recepty. To taki znak czasu. Uwodzenie tej części elektoratu, którą męczy roztrząsanie problemów i która kocha silnych przywódców i mało skomplikowane pomysły. I pomyśleć, że jeszcze niedawno wstyd było być ignorantem. Z gromkich zapowiedzi, jak choćby z akcji \”stop przemocy w szkole\”, nic nie zostaje. Ofiarami przemocy pada jeszcze więcej uczniów i nauczycieli. Akcje to ostatnia rzecz, której potrzebuje oświata. Podobnie jak niezliczone konferencje prasowe. Im więcej pomysłów, tym wyraźniej widać intelektualną bezradność Giertycha wobec faktycznie istniejących problemów.
Anachroniczne, odgrzewane sprzed wielu lat takie pomysły jak mundurki czy wprowadzenie religii do szkół niczego nie załatwiają. A powoływanie się na sukcesy umundurowanych szkół brytyjskich jest wyłącznie dowodem ignorancji. Bo przecież angielscy uczniowie mimo mundurków należą do najbardziej zdemoralizowanych. Zamiast więc szukać w dalekiej historii, lepiej było pomyśleć o zorganizowaniu dzieciom wakacji. Tyle że to nie byłby hit na konferencję prasową, tylko bardzo ciężka praca.

Wydanie: 26/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy