Parawalcz boks

Teledelirka

Ostatnie dni w TV minęły wojowniczo i delirycznie. Co do Kaucza, mam tylko jedno wspomnienie, związane z nieodżałowanej pamięci moim szwagrem, Jonaszem Koftą, który popisywał się zasłyszanym na bazarze nawoływaniem do kupna: „Kaucz kalauczparawalczboks!”. Chodziło o kauczukową parę walczących bokserów. My widzieliśmy na ekranach trzy walczące o Kaucza kobiety. Minister Labuda, zresztą słusznie, wyjęła z szafy dawno nienoszony styropianowy kostiumik, Monika Olejnik w „Kropce nad i” wystąpiła w wojowniczym stroju haevymetalowym, a minister Barbara Piwnik miała na sobie szatę Temidy zapinaną na paragrafy.
Potem zobaczyliśmy niezłą delirkę, może nawet schizofrenię. Wicemarszałek Sejmu, stojąc na czele krnąbrnych kupców, boksuje słowem komornika wykonującego swą powinność. Już następnego dnia okazało się jednak, że pojechał tam, by ustrzec biedaka na służbie przed linczem. Linczem czy lunchem, mała różnica. Na tym występy Andrzeja L. się nie skończyły, wartki nurt poniósł go aż do ścieku. Zelżył ministra Cimoszewicza i gdyby na tym poprzestał, byłby to jeszcze jeden wyskok posła tresowanego przez Sejm w okrągłym, białym gmachu. Myślenie o tym facecie jako o piesku ubranym w cylinderek i biało-czerwony krawat, który będzie tańczył w takt „Księżycowej Serenady” granej przez orkiestrę nie Glenna, lecz Leszka Millera, było od początku skazane na sukces Leppera. Miejmy nadzieję, że krótkotrwały, bo po tym, jak publicznie, jako wicemarszałek, sięgnął do korzeni Cimoszewiczów, zelżył ojca i matkę, z której mlekiem minister miał wyssać niegodziwość, miarka się przebrała.
Mówiłam o tym w programie A. Kwiatkowskiego „Co pani na to?”, że nawet gdyby ojciec ministra nazywał się Hitler, nie miałoby to nic do rzeczy i wara od rodziny. Wszystkie obecne w studio kobiety zgodziły się ze mną. Watażka zrozumiał, że posunął się za daleko, więc zabrał się za przepraszanie ciężko chorego ojca ministra. Obawia się, że może stracić fuchę, jaką psim swędem dostał. Niedawno chciał znać nazwiska posłów, którzy będą głosowali za jego odwołaniem. My w szkole podstawowej mówiliśmy w takich razach: „Nie strasz, nie strasz, bo ci mina zrzednie”.
Taką rycerską walkę mieliśmy okazję obserwować na domowych ołtarzykach z ekranem, my, tysiąc walecznych i pierwsza brygada. Nie ma waleczniejszego narodu niż nasz, mówiliśmy sobie wstępując do NATO. Bo my NA TO jak na lato. Dla nas oddać życie za kraj to jak splunąć, a zginąć za cudzą sprawę to pestka. W związku z tym uważamy nasz naród za romantyczny, a nas samych za szaleńczo odważnych.
Reporter Wrona z TVN zrobił na ten temat program na ulicy. Ulica w osobach telewidzów wzięła udział w sondzie i wypowiedziała się pół na pół (pamiętacie, moi czytelnicy, przepis na pasztet w proporcji pół na pół: pół konia, pół zająca?). Pół ulicy uważa, że żołnierze mają jechać, pół, że mają się zadekować. Generał Petelicki, przystojny komandos, skarżył się na rzecznika rządu Tobera, że ten go wyśmiewał, kiedy generał swoje usługi zaoferował. Z czego tu się śmiać, w końcu Petelicki niejedną akcję wykonał, w odróżnieniu od rzecznika Tobera, który na milę pachnie cywilną perfumą.
Nie znam się na wojsku, ale domyślam się, o co chodzi tym, co nie chcą, byśmy udział w wojnie brali. Otóż uważają pewnie, że ta wojna jest niesprawiedliwa, że walenie rakietami w biedny kraj, w którym nic nie ma, jest niemoralne. I jest w tym racja. Dlatego lepiej, żeby pojechali tam komandosi, którzy potrafią „wyeliminować” pojedynczych terrorystów. Wasza autorka pisała już o tym, że przeszła podczas studiów kurs przysposobienia obronnego i jako przyszła pisarka zachwyciła się zwrotem: „eliminacja pojedynczych żywych celów”, który to zwrot owija grubą warstwą bawełny bardzo nieprzyjemne i pospolite zabijanie. Kilka razy usłyszałam w oficjalnych dziennikach, że nikt nie będzie żałował talibów-terrorystów, że lepiej ich zabijać, niż brać do niewoli, bo jeśli nie ma kary śmierci, to zaczyna się ambaras. Wszystko prawda, ale czy nie lepiej zmienić prawo, przywrócić karę śmierci za brutalne akty terrorystyczne, niż wykonywać wyroki bez sądu, udając, że wszystko jest OK?
Co na niehonorowe zachowanie rzekłby Longinus Podbipięta, który potrafił trzy głowy za jednym zamachem ściąć, jeśli oczywiście ofiary rzędem się ustawiły i były równego wzrostu. A co książę Pepi, wesoły właściciel Pałacu Pod Blachą, który to książę, gdy go sparło do bohaterstwa, bronił humoru, pardon honoru Polaków, rzucając się do Elstery? Rodacy skwitowali to przysłowiem: „Książę Józef Poniatowski tęgo Niemców kropił, ale to nieszczęście, że się nam utopił”.
Gdy mężczyźni walczyli za wolność naszą i waszą, kobiety szarpały szarpie, opatrywały rannych, ubrane w czarne suknie grottgerowskie, na których wyraźnie rysowały się krzyże. Gdy nastały czasy „Solidarności” i facetów zapuszkowano, damy w zgrzebnych swetrach z przypiętymi opornikami prowadziły męską działalność, wydając podziemne tygodniki mazowieckie, które przekształciły się z czasem w „Gazetę Wyborczą”. A gdy już odzyskaliśmy wolność naszą oraz waszą, wypiliśmy zdrowie wasze w gardła nasze, gdy pociąg wolności stanął na dłużej, wówczas te kobiety odsunęły się od toru głównego, politycznego i oddały władzę mężczyznom. Mówiły, że parytet je upokarza, że jest zbędny, i wróciły do swych kobiecych zajęć. To błąd, bo mężczyźni, jak widać, od nadmiaru władzy dostają małpiego rozumu i nie wiedzą, co czynią. Idę o zakład, że gdyby w Sejmie był rzetelny pasztet, pół na pół mężczyzn i kobiet, cover boy naszych ostatnich dni nie zostałby wicemarszałkiem tego organu.

Wydanie: 49/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy