Róże w pożarze

Róże w pożarze

Wojenny klincz w mediach społecznościowych, w dyskursie publicznym: wspomnisz teraz o czymś bez związku z Ukrainą, wrzucisz na Fejsbuka relację z górskiej przechadzki, pochwalisz się okładką książki, którą przeczytałeś, filmem, który cię zirytował – łamiesz zasady wzmożenia narodowego, jesteś nieczułym ignorantem lub putinowskim trollem. Jeśli wyrazisz wątpliwości co do anulowania całej kultury rosyjskiej pod hasłem „co komu winny Prokofiew, Rublow czy choćby Wieniczka Jerofiejew”: oburz, ban, ostracyzm. Jak każdy owczy pęd taka stotalizowana, masowa rusofobia mnie odstręcza – i skończę na tym, by nie zostać posądzonym o puszczanie sobie Musorgskiego do transmisji z bombardowanego Kijowa zapijanych bieługą. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, ale mam nadzieję dożyć w lepszych czasach choćby premiery „Godunowa” w reżyserii Trelińskiego, na którą jeszcze niedawno, przed wojną, ostrzyłem sobie zęby.

Tymczasem ośmieliłem się w ciągu jednej doby porównać akustykę dwóch najnowocześniejszych sal koncertowych w Polsce – tej katowickiej, już znanej i podziwianej, oraz bielskiej Cavatina Hall, świeżo wyrosłego pośrodku miasta szklanego bąbla w stylu Franka Gehry’ego. W NOSPR słychać genialnie, ale w Cavatinie jeszcze lepiej: w tej zjawiskowej przestrzeni niedawno zaznawałem wdzięków i dźwięków Aleny Bajewej (urodzona w Kirgistanie, więc chyba wolno o niej wspominać), a teraz Brada Mehldaua, bawiącego się z brneńskimi filharmonikami Bachem. W Katowicach usłyszałem po raz pierwszy koncert skrzypcowy Pawła Mykietyna, baaaardzo ponowoczesny, cała historia muzyki w kawałku salcesonu z fragmentów wszystkich stylów w nim zdaje się mieścić. Takie we mnie pragnienie całości i dużej narracji wzbudził, że mnie oczarowała IV symfonia Brucknera, przy której w każdych innych okolicznościach po prostu bym zasnął, budząc się tylko na scherzo. Na obu koncertach nie zabrakło gestów solidarności: NOSPR zagrała na powitanie hymn Ukrainy; w Bielsku szefowie Zadymki Jazzowej zachęcili widownię do żółto-niebieskiej kartoniady.

Ot, paradoks: wszyscy Polacy są teraz Ukraińcami, choć za żadne skarby świata nie chcieliby nimi być. Nikomu już nie zdarza się użyć formuły „na Ukrainie”, poprawność nakazuje bowiem podkreślać niepodległość państwa poprzez posługiwanie się przyimkiem „w”. Słowo „Ukrainka” odzyskało dużą literę także w obiegu potocznym, gdzie dotąd było synonimem sprzątaczki – teraz to waleczna kobieta pod bronią lub matka objuczona tobołami i dziećmi, które chce uchronić przed kataklizmem. Nie ma już ukrów, są Ukraińcy. Metamorfoza imponująca, bo przecież nasi wschodni sąsiedzi w ostatnich dekadach byli nad Wisłą pogardzani jako służący Polaków, tania siła robocza, wygłodzona dzicz ze Wschodu – jak w latach 90 „ćpuny-rumuny”, biedota bałkańska. Teraz za sprawą nieustępliwej obrony ojczyzny rosną w polskich oczach niczym prezydent Zełenski, który z drugorzędnego komedianta został pierwszorzędnym mężem stanu, a nawet superbohaterem narodowym. Więcej: nagle „uchodźca” ze słowa alergizującego połowę populacji stał się terminem jednoczącym pęknięty naród w aktywne i sprawcze społeczeństwo.

Nieudolny rząd może tylko próbować się podpinać pod ten oddolny entuzjazm, co robi ze śmierdzącym zapałem cmentarnych hien – obserwuje i oblicza, jak wykorzystać sytuację do swoich politycznych korzyści. Jeśli wojna weryfikuje dyktatorów do poziomu podrzędnych demonów (tak to na razie wygląda z Putinem), podrzędne demony w obliczu wojny po prostu ze strachu znikają (gdzie jest Kaczyński?!). PiS zdaje się wyczekiwać chwili, w której ta polska ekstaza dobroczynności przeobrazi się w niecierpliwość, dlatego nie wspomaga wolontariuszy żadnym realnym działaniem; kaczyści obudzą się, dopiero kiedy usłyszą: „Za dużo was, zabieracie nam pracę, ściągacie na nas gniew Rosji, śmierdzicie, wracajcie już wreszcie do siebie”. Wtedy wrócą do sprawdzonych metod, postawią płot owinięty różańcem kolczastym na wschodniej granicy i zaczną wzniecać pogromowe emocje. Putin to wyjątkowo odrażające monstrum, ale nie zapominajmy o swojskich potworach, które sami wyhodowaliśmy.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 12/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy