Sawicka nie zdała testu

Sawicka nie zdała testu

Złapano mysz. Takim sukcesem zakończyła się wielka operacja CBA. Zaangażowano wielu ludzi. Wydano miliony złotych. Paru agentów posmakowało życia na poziomie najbogatszych. A efekt? W sidła Centralnego Biura Antykorupcyjnego wpadła eksposłanka PO Beata Sawicka, nauczycielka z małego miasteczka na rubieżach kraju. Niezbyt mądra, prymitywna, a sądząc po nagraniach, wystarczająco łasa na dodatkowy zarobek, by łatwo było nią manipulować. Uwodzenie posłanki w wydaniu agenta Tomka odbywało się w stylu brazylijskich telenowel i z wdziękiem żigolaka Antonia. Ale posłance bardzo to się podobało. I jest na to bogaty materiał dowodowy w postaci czułych esemesów, ze sławnym „Pa, misiu, lulaj”, i materialnych dowodów czegoś więcej niż sympatia. Czy Sawicka mogła zachowanie agenta tak interpretować? Większość kobiet, które wypowiadały się w tej sprawie, uważa metody zastosowane przez CBA za obrzydliwe i sprzeczne z prawem. I wokół oceny tych metod jest spór, a nie wokół zachowania Sawickiej i jej namolnej chęci wzbogacenia się za wszelką cenę.
W państwie prawa, za jakie chcemy uchodzić, reguły obowiązują obie strony. Czyli zarówno państwo, jak i jego obywateli. A jeśli tak, to uprawnione jest pytanie o metody zastosowane przez CBA. Czy rolą państwa jest sprawdzanie podatności obywatela na korupcję? Testowanie, czy kuszony łapówką przez podstawionego agenta ulegnie pokusie, czy okaże się niezłomny? Czy urzędnik państwowy na etacie agenta może w dowolny sposób manipulować emocjami ludzi, których poddaje próbie? Czy agent w trakcie takiej operacji może udawać uczucie tylko po to, by poprowadzić ofiarę tam, gdzie zechce? Proces Sawickiej w większości został utajniony, więc tym bardziej trudno na te pytania odpowiedzieć. Zwłaszcza że sąd uniknął w sentencji wyroku i w uzasadnieniu odniesienia do metod zastosowanych przez CBA.
Relacje między państwem a obywatelem nie mogą się sprowadzać do reguły, że cel uświęca środki. A walka czy nawet wojna z korupcją nie zawieszają wszelkich praw obywatelskich. Są przecież kraje, gdzie za korupcję się wiesza czy rozstrzeliwuje, a ta plaga kwitnie w najlepsze.
Sprawa Sawickiej jest polityczna w każdym centymetrze. Zaprzeczanie temu to testowanie, czy ludzie w Polsce są ślepi. Gdyby nie była posłanką partii wrogiej ówczesnej władzy, to mało prawdopodobne, że ktoś na poważnie by się nią zajął. Metoda, jaką wobec niej zastosowano, może wywoła refleksję u części klasy politycznej, ale większego wpływu na skuteczną walkę z korupcją mieć nie będzie. I tego najbardziej szkoda. Bo korupcja należy do naszych największych plag i nieszczęść. Jeśli chcemy prawdziwego przełomu i zmiany jej skali, jej dewastującego wpływu na relacje społeczne i biznesowe, to przede wszystkim potrzebne byłoby jakieś ramowe porozumienie ponad podziałami politycznymi. W interesie obywateli, ale także w interesie służb i policji. Porozumienie dotyczące nie tylko aspektów kryminalnych i ekonomicznych, ale zwłaszcza systemowych przyczyn korupcji. Bez tego karanie kolejnych Sawickich będzie wyłącznie spektaklem. Głównie zresztą politycznym.

Wydanie: 21/2012

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy