Bitwa pod Iwieńcem

Bitwa pod Iwieńcem

Prezydent Polski pisze do prezydenta Białorusi: „Aresztowania, zastraszania, odbieranie majątku osobom polskiego pochodzenia podważają wielokrotne zapewnienia o przyjaznych stosunkach polsko-białoruskich”. Zainteresowało mnie „odbieranie majątku osobom polskiego pochodzenia”. Takie bezprawie zdarza się w historii bardzo rzadko, podczas wojen i rewolucji i jako przyczyna lub skutek jest z reguły połączone z okrucieństwami i rozlewem krwi. W naszej części Europy odbieranie majątku osobom ze względu na ich pochodzenie narodowe ostatni raz miało miejsce w latach tuż po drugiej wojnie światowej. Prezydent Polski w oficjalnym piśmie stwierdza, że obecnie czynione to jest Polakom na Białorusi. W rzeczywistości nie odebrano tam majątku ani jednemu Polakowi ze względu na jego pochodzenie ani z innych powodów. Prezydentowi Polski widocznie nie zależy na swojej wiarygodności.
Dziennikarze powtarzają prezydencką wersję (a może to prezydent powtarza za dziennikarską?). „Posłuszne (Łukaszence) sądy – pisze jeden z nich – konfiskują majątek właścicielom i przekazują zagrabione dobro ludziom wskazanym przez dyktatora. (…) Obrazki jak z wczesnych lat rządów bolszewików. Zaczynali od konfiskat i przymusowego wysyłania niewygodnych za granicę” („Gazeta Wyborcza”, 18 lutego). A więc na Białorusi krew się leje, władza „grabi zagrabione” i należy się spodziewać fali uciekających lub wypędzonych Polaków. Do tego hiperbolicznego pisania przyłączył się Sejm ze swoją uchwałą, ciekawą przez to, że nie znalazł się ani jeden klub, ani jeden poseł, który by się przeciw tej, udawanej zresztą, histerii wypowiedział.
Związek Polaków na Białorusi ma dwa zarządy. Jeden jest uznany za prawowity w Warszawie, drugi w Mińsku. Władze warszawskie chcą, aby ten związek był ugrupowaniem opozycyjnym wobec reżimu Łukaszenki, a władze mińskie tego nie chcą. Naród polski, jak wiadomo nie od dziś, istnieje po to, aby oświecać inne narody w przedmiocie demokracji i praw człowieka. Temu służy polska telewizja po białorusku, radio w tym języku i wiele spodziewano się po polskich księżach, którzy upodobali sobie Białoruś jako kraj misyjny, ale diaboliczny Łukaszenka załatwił w Watykanie, że ma ich być coraz mniej. Dzięki ambitnej polityce Warszawy również nauczycieli języka polskiego będzie na Białorusi coraz mniej.
Gdy Łukaszenka pokłócił się z rządem moskiewskim, polskim politykom odnowiła się myśl, że można by spróbować wystawić go na pokusy śmielszego odchodzenia od Rosji i stopniowego, najpierw metodą małych kroków, zbliżania się do Unii Europejskiej. Plan jak najbardziej warty zachodu. Aż tu nagle, nie wiadomo dlaczego i z czyjego poduszczenia, następuje „odbieranie majątku osobom polskiego pochodzenia”, które całą rządową i dziennikarską Polskę doprowadza do białej gorączki i przyprawia o utratę rozumu. Cała dalekosiężna strategia idzie w kąt, na pierwsze miejsce wysuwa się spór o to, czy dom w Iwieńcu ma należeć do frakcji Andżeliki Borys, czy do frakcji Stanisława Siemaszki. Nie wiem, dlaczego fakt, że część Związku Polaków uznaje zarząd z panem Siemaszką na czele, jest tak bardzo groźny dla Polski, że w mediach, podobnie jak w wypowiedziach polityków, w ogóle o nim się nie wspomina.
Jeśli chce się być uczciwym w tym sporze, to nie tylko trzeba powiedzieć, że ta druga frakcja istnieje, ale należy dać jej możliwość wypowiedzenia się i przedstawienia swoich racji przed polską opinią publiczną. Na Białorusi media nie są wolne, ponieważ ukrywają fakty niewygodne dla rządu, w Polsce media są wolne i dlatego ukrywają fakty niewygodne dla rządu.
Jakie są priorytety polskiej polityki wobec Białorusi? Wygląda na to, że najważniejszym celem jest zrobienie ze Związku Polaków opozycji wobec reżimu Łukaszenki. Konwencje o prawach mniejszości etnicznych dają osłonę przed władzą, jakiej nie ma białoruska opozycja polityczna. Dla tego celu polski rząd rezygnuje z polityki zbliżenia, która miałaby szansę przeciągnąć Białoruś – półoficjalnie uznającą się za spadkobierczynię Wielkiego Księstwa Litewskiego – do lub w pobliże Unii Europejskiej. Do czego się wezmą, cokolwiek Polacy zrobią w polityce wschodniej, to wszystko spartaczą, bo nie odróżniają rzeczy ważnych od podrzędnych; trzęsą się z emocji, gdy spór się toczy o osoby, a wielkie racje przyswajają sobie tylko w postaci sloganów.
W gazetach wielkie tytuły: „Łukaszenka ściga Polaków”, „Bronimy Polaków!”, „Rozprawa z Polakami” i takie same wykrzykniki w mowach polityków i komentatorów. Mowa za każdym razem tylko o frakcji pani Andżeliki Borys. Bardzo się zacieśniło pojęcie Polaka na Białorusi. W Polsce ofiara tej propagandy nie zdaje sobie sprawy, że we frakcji konkurencyjnej znajduje się wielu zasłużonych dla krzewienia naszej kultury Polaków i że nie brak również osób z przeszłością akowską. Żałuję w tej chwili, że przestałem przechowywać korespondencję byłego oficera AK, który boleśnie przeżył zakaz wjazdu do Polski, zastosowany do niego z tego powodu, że opowiedział się przeciw zarządowi pani Borys.
Tam, gdzie Polacy żyją, a zwłaszcza gdzie próbują się zorganizować, tam występują podziały, konflikty, animozje, wrogości wywoływane częściej przyczynami typu psychologicznego niż ideowego. Zarówno organizacje polonijne w Ameryce Północnej, jak Łacińskiej niejednokrotnie przy pomocy sądów rozstrzygają, który zarząd jest prawowity, a który uzurpatorski. To samo widzimy nieraz w kraju. Trzeba się zdecydować, kto ma rozstrzygać spory frakcyjne w Związku Polaków na Białorusi: sądy polskie czy białoruskie? Polski rząd wybiera trzecie rozwiązanie: namiętnie apeluje do Unii Europejskiej, żeby zaangażowała się w spór między frakcją pani Borys i frakcją pana Siemaszki i żeby jednoznacznie opowiedziała się po stronie tej pierwszej. Jerzy Buzek już to zrobił, bez wahania i bez zastanowienia, ale współczuć należy pani Ashton, która jest w to wciągana. Żeby zrozumieć cokolwiek z polskich spraw, powinna zacząć od przeczytania odpowiedniego fragmentu „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, gdzie mowa o polskim poczuciu honoru (nie humoru). „Towarzystwo to odznaczało się taką elegancją i takim polorem rycerskości, że można było tylko pokiwać głową i być przygotowanym na wszystko”.
Minister Sikorski wie, że przeorientowanie Białorusi (czy jakiegokolwiek kraju) pod względem wewnętrznych stosunków i międzynarodowych powiązań wymaga czasu, cierpliwości i przymykania oczu na sprawy nieistotne, ale wszyscy dookoła oczekują „sukcesów” natychmiastowych. Żeby nie wypaść z gry, ulega tym oczekiwaniom, które można zaspokoić tylko krzykiem propagandowym, główny cel odkładając na czas nieokreślony.

Wydanie: 8/2010

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy