Dymgła

Dymgła

Lepkie, tłuste, ciężkie, pyliste, zionące spaliną – naprędce staram się określić powietrze, którym oddycham w górskiej kotlinie, ale i w małopolskiej metropolii, i w najzamożniejszej mazowieckiej gminie – bez różnicy, zimą Polskę spowija smog. Jeszcze jeden punkt zapalny w tym rozpękniętym kraju, jeszcze jeden powód sporów, kolejny pretekst do wojny domowej między plemionami: jedni się duszą smrodem z kominów sąsiedzkich, drudzy wyzywają ich od histeryków, hipochondryków, a ostatecznie unijczyków polskiego pochodzenia. Roznamiętnieni zaprzeczacze faktom korzystają teraz z noworocznego pakietu promocyjnego – walczą z plandemią i z ekologizmem, w obu przypadkach mężnie kończą na oiomach, wypluwając resztki płuc.

Zstąpił Duch i wypłaszczył oblicze tej Ziemi. Foliarze mają zawsze rację, zwłaszcza kiedy jej nie mają. Tacy np. rybniczanie lub jaworznianie już nie muszą nerwowo spoglądać na indeks jakości powietrza, bo im czujniki zlikwidowano wedle starej foliarskiej zasady: masz gorączkę, stłucz termometr. „To nie smog, to mgła”, mówi mi tubylec i każe bez grymasu uiścić taksę klimatyczną; „Jedno drugiego nie wyklucza”, odpowiadam i zaczynam się besserwissersko znęcać za tę dodatkową opłatę: „To anglicyzm łączący słowa smoke i fog, Kopaliński go próbował wprowadzić do polszczyzny jako dymgłę, ale się nie przyjęło, ciekawe czemu, jeśli taki np. samochód łyknęliśmy bez zapitki, chociaż sens miałby samojedź, no ale w staropolszczyźnie tak określano kanibali, więc niby nie wypadało, tylko czemu wobec tego wypada tak dziś nazywać ludy syberyjskie, czy tacy Nieńcy byliby zadowoleni, że w Europie są zwani ludożercami…”. „Długo umiesz pan tak p…lić?”. „No coś pan, to dopiero gra wstępna”.

Od koloru i konsystencji Anglicy nazywają smog także pea soup, co mogłoby tłumaczyć, dlaczego Polakom na co dzień tak dobrze z pyłem zawieszonym: wszak nasi rodacy kochają żołnierską grochówkę – swojskie danie na wędzonce, żelazny punkt polowej gastronomii, evergreen festynów i jarmarków. Wujo Znawca przy świątecznym stole uderza w tony historyczne: „Dawniej nikt tego nie mierzył i jakoś się żyło. Wojtuś, powiedz, jak to jest, pół życia spędziłeś w Chorzowie, za dziecka wdychałeś całą tablicę Mendelejewa na podwórku wciśniętym między stalownię i zakłady koksochemiczne, według tych mądrali dawno już powinieneś nie żyć, a jakoś wciąż po górach biegasz, dzieci ci się rodzą normalne i zdrowe…”.

Wujo umie w erystykę, zamiast się z nim spierać, wspominam coroczne powroty z wakacji w Tatrach, kiedy przed granicami miasta ojciec uchylał szybę fiacika i pytał: „Poznajesz?”, a mnie spowijał ojczysty koktajl wyziewów górniczo-hutniczych. Co tam wilgoć świerczyny tatrzańskiej, zapachy z mchu i paproci, ileż można mieszkać w tężni, ja miałem inne magdalenki: sadzę, tlenek siarki, azotu i węgla; Wujo wie, jak uderzyć w czułe struny. Pojmuję więc dopłatę klimatyczną za kanikułę zdrojową w sezonie grzewczym jako nostalgiczny pakiet premium – duszące opary w podgórskich kurortach poprzez nozdrza budzą w magazynach pamięci dawno nieodkurzane wspomnienia, człowiek gotów zaciągać się tym smrodem aż do śmierci i na marach błogo wymamrotać niczym obywatel Kane: „Rosebud…”.

W naszym państwie nie tylko powietrze dusi, życzę zatem wszystkim czytelnikom, żeby w nowym roku zdołali choć raz odetchnąć pełną piersią. Życzę też ogromu ziszczeń na tle ogromu zniszczeń dokonywanego przez kaczyzm. A najbardziej życzę sobie i nam wszystkim, by się wreszcie ziścił upadek tego rządu miernot i kanalii, trujących Polskę niczym polityczny killer fog.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 1/2022

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy