Ekscesywność

Ekscesywność

„Ekscesywny” – to ulubione słowo Romana Graczyka. Używane wszakże bez troski o jego prawdziwe znaczenie. Jednak w sensie Graczykowym książka „Demiurg. Biografia Adama Michnika” jest ekscesywna niewątpliwie. Jak zawsze u tego autora występują tu bowiem amatorszczyzna, brak zaplecza historycznego i kulturowego oraz brak warsztatu. Te ułomności niszczą książkę w zarodku. Bo gdyby nie one, nie przykładałby Graczyk takiej wagi do relacji składanych po latach, niemających zatem wartości źródłowej, nie cytowałby „za kimś” (nagminną formułą jest tu „cyt. za”), nie pisałby komunałów o „tradycji dworkowo-niepodległościowej”, nie absolutyzowałby międzywojennego komunizmu, nakładając go mimowolnie na ukraiński nacjonalizm, nie uważałby, że działalność antypaństwowa i działalność szpiegowska to zjawiska de facto tożsame. Gdyby zaś była mu znana Tacytowa formuła sine ira et studio, nie zastygłby w pozycji niezłomnego solidarnościowca z lat 80. zeszłego wieku, nie pisałby o „zabójstwie Pyjasa”, nie dostrzegałby w Jerzym Urbanie jedynie rzecznika stanu wojennego. Nie podejmowałby też polemiki z Pawłem Smoleńskim na temat lustracji, bo mówi ona wiele o obu adwersarzach, lecz niczego o Michniku (takich wtrętów nie na temat jest w książce sporo). Umiałby wreszcie oddzielić fakty ważne od nieważnych, nie zajmowałby się plotkami i sprawami alkowy, w ocenie ludzi nie stosowałby uproszczonych etykietek, nie podejmowałby ryzykownych uogólnień. „W czasach KPP – pisze – Słonimski komunistą nie był, a został nim w latach 50.”. Jakby powrót w 1951 r. do kraju i włączenie się w działalność propagandową były automatycznym akcesem do partii. „Nie uważam, iżby żydostwo było czymś obciążającym”, zauważa łaskawie gdzie indziej. Graczyk nie zna nawet terminu tak dla historyka istotnego jak „prezentyzm” – musi mu go wyjaśniać Ludwik Dorn.

Gdybyż jednak szło tylko o luki w wykształceniu. W tej książce najbardziej uderzają pycha i brak empatii. Czytelnik woli już, gdy Graczyk (w imię – a jakże – obiektywizmu) „dowala” Michnikowi, niż gdy go komplementuje, klepie po ramieniu, recytuje swoje chapeau, chwali za „klasę” i „styl”. „Strzeż mnie, Boże, od przyjaciół, z wrogami sam sobie dam radę” – chciałoby się powtórzyć starą sentencję, choć o przyjaźni nie ma tu mowy (co byłoby godne uszanowania, choć nie w przypadku Graczyka), ale nie ma też mowy o życzliwości (która ze skomplikowanej materii historycznej pozwoliłaby to i owo zrozumieć). Tymczasem Graczyk – jak to Graczyk – rozumie niewiele, a przemilcza sporo. Michnikowi zarzuca tłumienie wolności słowa (sic!), nie wspomina jednak, że wytaczane przez niego procesy sądowe zabiegały po prostu drogę szerzonym kłamstwom („poznajcie prawdę, a ona was wyzwoli”?). Trwające latami zmasowane ataki na Michnika, to „wycie”, o którym kiedyś pisał zmarły niedawno Andrzej Osęka, są u Graczyka absolutnie nieobecne. I dzieje się tak nawet w przypadku listu zbiorowego z listopada 2008 r., twierdzącego – wbrew faktom i wbrew prawomocnemu wyrokowi sądowemu – jakoby Michnik „wielokrotnie powtarzał: ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację”. Graczyk zapomniał? Ten list sam podpisał.

Kreując się na jedynego sprawiedliwego, traktuje więc Graczyk wybiórczo nie tylko Michnikowy, lecz i własny życiorys. Półgębkiem, w jednym przypisie, wspomina kilka swych tekstów w „Gazecie Wyborczej”, dodaje nawet, że w pewien sposób kształtowały one jej oblicze, nie mówi jednak, że nie były to na tych łamach jedyne teksty jego autorstwa, że był on przez 12 lat jednym z czołowych publicystów „Gazety”, że przez rok czy dwa pełnił funkcję sekretarza jej wydania krakowskiego. Graczyk roni łzy nad „nietolerancją” „Gazety”, choć przecież długo tolerowano tu jego teksty, jaskrawo sprzeczne z linią Michnika. Na okładce „Demiurga” wymienia (bo trudno przyjąć, by tego z nim nie uzgodniono) różne swoje książki, pomija jednak, traktującą o „Tygodniku Powszechnym”, skandalizującą „Cenę przetrwania?” – jakby chciał przemilczeć także to, że kolejne miejsca swej pracy regularnie po latach dezawuuje. Zapomina wreszcie, że Adam Michnik podał mu kiedyś pomocną dłoń, zatrudniając go w swojej firmie, w dodatku na wyjątkowych prawach, bez konieczności przeniesienia się z Krakowa do Warszawy.

Rozumiem, że rola Katona nie pozwala pamiętać o długach wdzięczności. I nawet gotów byłbym to także uszanować, wszakże pod jednym warunkiem: by o tym uwikłaniu (kolejne ulubione słowo Graczyka) czytelnik został poinformowany. Tymczasem tego też tu zabrakło. Choć inna sprawa, że to sam Graczyk, jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad książką, powinien postawić sobie pytanie, czy w ogóle powinien się do niej zabierać. Do pisania biografii Michnika miał on przecież prawo mniejsze niż ktokolwiek.

Zapewne nie jestem obiektywny – Graczyka znam osobiście, przez kilkanaście lat (do „Ceny przetrwania?”) byłem z nim na stopie przyjacielskiej. Ale to z tej właśnie racji uważam, że trzeba dać świadectwo. Bowiem – wśród wielu innych – mam też w pamięci moment odejścia Graczyka z redakcji „Tygodnika Powszechnego”, w proteście – uwaga – przeciw uprawianej tu apologii Jana Pawła II. Wtedy, w 1991 r., nie uważałem, by Graczyk postępował słusznie, ale dla jego odwagi cywilnej i bezkompromisowości miałem wielki szacunek, kiedyś broniłem go nawet przed Jerzym Turowiczem. Dziś widzę, że nie było warto. Graczyk, miotający się w życiu od ściany do ściany, jest w gruncie rzeczy zawsze taki sam. Ekscesywny.

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Andrzej Romanowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy