Niebezpieczne fikcje

Niebezpieczne fikcje

Jedni czują się rozczarowani, ponieważ obiecana przez Prawo i Sprawiedliwość rewolucja moralna nie nastąpiła, drudzy z tego powodu się cieszą, ponieważ są pewni, że po rewolucji zawsze robi się gorzej, niż było przed rewolucją. Moim zdaniem rozczarowanie jednych i zadowolenie drugich jest przedwczesne. Rewolucja moralna nie została zaniechana, ona się toczy i wszystko jeszcze przed nami.
O jaką moralność w tej rewolucji chodzi? Czy chodzi o to, aby ludzie byli dla siebie lepsi niż do tej pory? Żeby między nami – Polakami było mniej nieufności, mniej agresji, a więcej zaufania i wyrozumiałości? Żeby ludzie ciężko pracujący i zasłużeni byli bardziej szanowani i sprawiedliwiej wynagradzani? I żeby dla wszystkich wystarczyło pracy w kraju, a rodzice nie byli opuszczani na starość przez synów i córki szukających zarobku w innych krajach? A może chodzi o to, aby politycy nie okłamywali społeczeństwa, nie bogacili się w służbie państwu, bo nie taki jest cel tej służby? Może chodziło o to, aby byli oni moralniejsi w stosunkach między sobą, żeby rywalizowali zgodnie z regułami, a nie pałali do siebie nienawiścią, nie oskarżali się fałszywie, nie obrzucali obelgami i nie ciągnęli jeden drugiego z byle powodu do prokuratora? Może ta rewolucja moralna niosła obietnicę, że nie będzie się już więcej montować procesów sądowych opartych na perfidnych kłamstwach? Gdyby ludzie zauważyli, że Polska zmienia się w tym kierunku i że rozwija się nie tylko dzięki pieniądzom z Brukseli, ale także dzięki swojemu rządowi i partiom opłacanym z kieszeni podatników, byliby zadowoleni z takiej rewolucji moralnej.
Liderom PiS i PO nie o taką jednak moralność chodzi. Jak rozumie moralność Jarosław Kaczyński, mogliśmy się przekonać, gdy wykradzenie z IPN tzw. listy Wildsteina nazwał „wzmożeniem moralnym”. Dzięki tym słowom dowiedzieliśmy się, że w tej rewolucji nie chodzi o podniesienie poziomu moralnego polityki i życia społecznego, lecz o nadanie moralnego pozoru czynom podłym, jeżeli służą celom politycznym partii rządzącej. Jarosław Kaczyński nie ukrywał, co będzie celem jego polityki, gdy zdobędzie władzę. Wychodził od popularnego i w pewnym stopniu prawdziwego poglądu, że skutkiem zmiany ustroju nastąpił niesprawiedliwy podział dóbr. Głosił, że wzbogacili się nie ci, co powinni. Ten podział dóbr nie dokonał się zgodnie z regułami rynku, lecz wskutek działania ukrytych przed oczami ogółu nieformalnych „układów”, w których główną sprężyną byli funkcjonariusze SB i wojskowych służb wywiadowczych, zarówno ci negatywnie zweryfikowani, jak też ci, co służyli w III RP. Współdziałali oni z gangsterami, a gangsterzy z „postkomunistami”. Ta wizja rzeczywistości została rozpowszechniona przez dziennikarzy gazetowych i telewizyjnych i znalazła wielu zwolenników wśród uczonych socjologów. Wtłaczanie tej wizji ludziom do głowy stało się samoistnym celem politycznym nie tylko PiS-u, ale także Platformy Obywatelskiej i Ligi Polskich Rodzin. Wersja na ten tydzień jest taka, że zwornikiem „układu” był polonijny biznesmen nazwiskiem Mazur, co zostanie czarno na białym wykazane, gdy stanie on przed polskim sądem, a jeśli nie stanie, to wykazane będzie tak samo, a może jeszcze lepiej.
Mówiąc swoim wyborcom, że rozprawi się z tymi, co się niesłusznie wzbogacili na prywatyzacji postkomunistycznych przedsiębiorstw, PiS przemilcza fakt, że największe korzyści odnieśli kapitaliści i spekulanci zagraniczni, zaś polskie „układy” podzieliły się okruchami. Nikt nie słyszał, żeby Kaczyńscy protestowali wówczas, gdy polski przemysł był wyprzedawany nieraz za bezcen zagranicznemu biznesowi. To milczenie jest zrozumiałe, ponieważ im więcej sprzedano za granicę, tym mniej przypadło byłej nomenklaturze, postkomunistom i łże-liberałom, a te właśnie kręgi były i są przez Kaczyńskich najbardziej znienawidzone. Zwiększana opresyjność władzy jest przeciw tym kręgom wymierzona, a przeciw rzeczywistym przestępcom dopiero w drugiej kolejności.
Według przywódców i aktywistów PiS-u, a także popierających tę partię intelektualistów równie niesprawiedliwy jak podział własności był w III RP podział prestiżu. Demaskowaniu i poniżaniu osób, które zdobyły społeczny szacunek lub nie daj Boże stały się tzw. autorytetami moralnymi, służy rozszerzona na setki tysięcy ludzi lustracja. Z dawnych archiwów Służby Bezpieczeństwa, przechowywanych troskliwie w IPN, oraz ze świeżo spenetrowanych tajnych archiwów wojskowych służb szpiegowskich wydobywa się informacje lub pozory informacji, mogące w oczach nic z tego nierozumiejącego społeczeństwa skompromitować przeciwników politycznych.
Partia Prawo i Sprawiedliwość jest przekonana, że cele „rewolucji moralnej” są do tego stopnia zbawienne dla Polski, że uświęcają wszystkie środki, jakie mogą być użyte do ich osiągnięcia.
Uczuciowym motorem „rewolucji moralnej” jest zemsta. Tego budowniczowie IV RP nawet nie ukrywają. Przeciwnie, nadali jej prostą formę dyrektywy, którą każdy ich zwolennik rozumie i potrafi stosować w swoich działaniach. Dziwne, że Kaczyńscy, którym przypisuje się inteligencję, nie zastanowili się nad logiką zemsty w polityce, nad jej skutkami i niespodziankami, jakie z reguły sprawia. Na razie ten ciąg złośliwości, afrontów, zniewag przebiega w sposób kabaretowy. Od czasu do czasu kabaret ociera się o horror, gdy do penetrowania najtajniejszych z tajnych archiwów wojskowych służb szpiegowskich wysyła się człowieka, który już raz dopuszczony do zasobów archiwalnych spowodował upadek swojego rządu.
„Rewolucja moralna” może potrwać dłużej, niż się wielu spodziewa, ponieważ rząd PiS-u nie ma opozycji. SLD się nie liczy. Liderzy nauczyli się od Aleksandra Kwaśniewskiego tej mądrości, że jeśli chce się przeżyć, trzeba utożsamić się z silniejszym, więc w swojej „konstytucji” SLD uznał się za partię antykomunistyczną.
Platforma Obywatelska krytykuje metody, „styl” PiS-u, ale cele uznaje za słuszne i czy chodzi o lustrację, becikowe, czy rozwiązanie Wojskowych Służb Informacyjnych, zawsze domaga się od PiS-u postępowania bardziej skrajnego, niż chcą Kaczyńscy. Zresztą koncepcja rewolucji moralnej wylęgła się w środowisku PO. Wszystkie partie żyją małymi sprawami i niskimi uczuciami, poczucie odpowiedzialności za przyszłość narodu jest im zupełnie obce.
Każda rewolucja: polityczna, kulturalna czy moralna ma w sobie coś z szaleństwa. „W rewolucjach potrzebne dziwaki”, pisał Mickiewicz, i oni wysunęli się teraz na czoło. Nie są przywódcy „rewolucji moralnej” cynikami, mimo że ich czyny wydają się cyniczne. Cynizm zakłada jasne pojmowanie tego, co się robi, oni tymczasem w swojej świadomości są bogobojni i szczerze przekonani, że kierują się naukami Ojca Świętego, naszego papieża.

Wydanie: 44/2006

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy