Entuzjazm psucia

Entuzjazm psucia

„Mnie się wydaje – powiedział w „Przeglądzie” pisarz Włodzimierz Odojewski – że Europa się rozpadnie”. Z podobnie pesymistycznym poglądem występował już wcześniej. Pisarz żyje od wielu lat w Europie Zachodniej i opiera pogląd na swoich bezinteresownych i sądzę, że wnikliwych obserwacjach. Co czynny polityk proeuropejski ma zrobić z takimi przewidywaniami? Prymitywny nie przyjmie ich po prostu do wiadomości. W przeciwnym razie musiałby się zastanawiać, czy w jego własnym działaniu nie tkwią elementy destrukcji, a zastanawianie się go męczy. Drugi polityk, bardziej odpowiedzialny, pomyśli: nie wiem, jakie jest prawdopodobieństwo, że dotychczasowy projekt jedności europejskiej się załamie, ale jest to możliwe. Muszę więc jeszcze raz zastanowić się, co należy zrobić, aby takie niebezpieczeństwo wykluczyć lub przynajmniej zmniejszyć jego prawdopodobieństwo. Trzeba w szczególności skrupulatnie zbadać, czy przyjmując Polskę, Unia Europejska już nie przekroczyła granic, w których część Europy mogłaby się rzeczywiście i trwale zjednoczyć. Czy Polska wnosi do Unii jakiś czynnik spajający ją, umacniający jedność, czy wprost przeciwnie, stwarza w dostępnej sobie skali i na swój sposób utrudnienia dla takiej jedności.
Polacy ciągle powołują się na obowiązującą w UE zasadę solidarności (bogaci płacą biednym), ale sami do solidarności z krajami Unii się nie poczuwają. Jeżeli solidarność obowiązuje, to chciałbym usłyszeć, co Polska zrobiła, z czego zrezygnowała na rzecz solidarności z krajami Unii, bo solidarność, jeśli nie jest wzajemna, to jej po prostu nie ma. Za przejaw naszej solidarności nie może uchodzić to, co przedsiębiorstwa francuskie, holenderskie czy niemieckie same sobie zdobyły na polskim rynku. Korzystne warunki dla zachodniego kapitału spekulacyjnego i polityka pieniężna hamująca eksport jest wyrazem bezradności polskiego rządu, a nie solidarności z Europą. Postawa Polski jest dowodem, że można nie być solidarnym i nie mieć z tego żadnych korzyści.
W Europie Zachodniej stale zwiększa się populacja o odmiennych niż europejskie obyczajach, o nieeuropejskich, a niekiedy antyeuropejskich lojalnościach, i ta ludność według cytowanego pisarza może stać się czynnikiem totalnego europejskiego kryzysu. Prawa i instytucje, jakie ukształtowały się we Francji, Holandii czy Niemczech były przeznaczone dla Francuzów, Holendrów i Niemców. Nie jest pewne, a raczej jest bardzo niepewne, czy będą one pasowały do imigrantów z Azji i Afryki i czy zostaną przez nich zaakceptowane. Jeśli ktoś tego nie wie, to się dowie, że różnice kulturowe i polityczne między chrześcijańskimi Europejczykami a muzułmańskimi Arabami, na przykład, nie były uzależnione od szerokości geograficznej, na której żyli jedni czy drudzy. Zatem Marokańczyk czy Afgańczyk przybyły do Europy nie traci cech, jakie posiadał pod poprzednią szerokością geograficzną. Cechy, jakie w swoim kraju i w swoim narodzie odziedziczył, przynosi do Europy. Nie wiadomo, ile trzeba czasu, aby prawa i instytucje stworzone dla Niemców, Szwajcarów czy Szwedów uznał za swoje i im się dobrowolnie podporządkował. Ten czas trzeba liczyć w pokoleniach. Co się w tym czasie stanie ze stabilnością, a też i tożsamością europejską? Jak Europa zniesie tak liczną i ciągle zwiększającą się w jej granicach populację, która nie ma w swoim zapleczu mentalnym tych treści, jakie mają Europejczycy, co sprawia, że inaczej postrzega rzeczywistość niż oni, inaczej ocenia wzory kulturowe, które mu się proponuje, i w inny sposób korzysta z praw, jakie daje liberalna demokracja. Kultura nie wisi na ludziach, tak że by można ją zdjąć i zawiesić inną. Ona w nich tkwi. Gdy na jakimś obszarze zmienia się ludność, niechby tylko w znacznej części, zmienia się wszystko. Prawo formalnie to samo zaczyna inaczej działać, zmienia się jakość wytworów, miasta zmieniają zapach, rozlega się inna muzyka, państwo zmienia wrogów i sojuszników albo się rozpada.
Przyjęcie Polski i niektórych innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej nie było decyzją pozbawioną ryzyka z punktu widzenia spoistości Unii. Zwłaszcza Polska ze względu na swój splebeizowany sarmatyzm źle figuruje w Unii Europejskiej takiej, jaką ona ciągle jeszcze jest. Polacy będą instynktownie niemal i w sposób dla samych siebie nieświadomy działać na rzecz rozluźnienia zachodnioeuropejskiej cywilizacji, aby niedokształtowany Polak mógł łatwiej się do niej nagiąć. O ile muzułmanie arabscy wnoszą rygory swojej archaicznej religijności, to Polacy obdarują Europę swoim anarchizmem. „Musimy skończyć w Europie z narzucaniem czegokolwiek komukolwiek” (J. Rokita).
Wymaganiem obecnego momentu historycznego jest zapobieganie wszystkiemu, co powoduje osłabienie europejskiej tożsamości. Dla tego celu można użyć „chrześcijaństwa” jako kryterium europejskości. Przyjęcie Turcji, które na szczęście się odwleka, gruntownie zmieni dotychczasowy projekt europejskiej jedności i przeinaczy Unię w sposób, którego dziś nikt nie jest zdolny sobie wyobrazić w istotnych szczegółach. Jakie jest w tej kwestii stanowisko polskich polityków? Optują za tym, co cywilizację europejską rozluźni i uwierającą różnicę między Polakami a naszymi zachodnimi sąsiadami zniweluje. Najprostszym na to sposobem jest rozszerzanie Unii na narody tak samo jak Polska lub jeszcze gorzej nieprzystosowane do współżycia na poziomie zachodnioeuropejskiej cywilizacji. Mówi lider Platformy Obywatelskiej: „Dziś z nieskrywaną radością gdziekolwiek jadę za granicę, wiozę ze sobą wyniki badań, które pokazują, że Polacy są najbardziej otwarci na dalsze poszerzanie Unii. Jestem bardzo dumny z tego, że żyję w społeczeństwie, które niezależnie od swoich kłopotów i biedy wyciąga rękę w stronę innych”.

Wydanie: 25/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy