Rekolekcje

Ze wszystkich głosów, jakie dotarły do mnie z szeroko komentowanej konwencji SLD, w pamięć zapadły mi słowa nieznanej mi bliżej pani Joanny Senyszyn, która powiedziała, że „od Rokity wzięliśmy hasło „Nicea albo śmierć”, od Kościoła walkę o chrześcijańskie zapisy w preambule europejskiej konstytucji, od prezydenta upodobanie do przyjęć i balów”. Być może, wyliczanka pani Senyszyn była dłuższa, bo z pewnością mogła być dłuższa, chodzi jednak o to, że zawarta jest w niej diagnoza najrzadziej stosunkowo przytaczana, a mianowicie zanik samodzielnego myślenia. Zastępuje je zlepek zapożyczonych haseł i pomysłów, kupionych sloganów, zmałpowanych obyczajów. W końcu nawet marszałek Borowski, który zgłosił najradykalniejszą rezolucję odnowicielską, przyszedł na konwencję SLD prosto z głośnego w prasie balu z państwem Kulczykami.
W prognozach wyborczych, także w prawicowych mediach, powtarza się twierdzenie, że potencjalny elektorat lewicowy wynosi w Polsce 20-30% ogółu wyborców i coś musi być na rzeczy, skoro nawet Platforma Obywatelska uznała za stosowne przemianować się na partię „powszechną”, a więc reprezentującą także interesy ludzi pracy najemnej, płacących koszty liberalnej transformacji. Jest to zamiar, aby lis reprezentował interesy kurnika, ale mniejsza o to.
Co znaczy jednak „elektorat lewicowy”? Jeśli chodzi tu o ludzi chcących otrzymać pracę, z której można wyżywić rodzinę, marzących o jakiej takiej sprawiedliwości społecznej czy szansach rozwojowych dla swoich dzieci, to elektorat ten jest stanowczo większy niż 30% i każda partia ma mu coś do obiecania.
Tradycyjnie jednak z pojęciem lewicy czy elektoratu lewicowego wiązało się ludzi, którzy oprócz troski o znośne warunki przeżycia żywili także myśl o jakimś nowym, nieznanym dotąd projekcie społecznym, skierowanym w przyszłość. O nowym spojrzeniu na to, co jest dookoła nas, i o próbach zmiany. O często radykalnym odrzuceniu potocznie wyznawanych wartości i próbie ich rewizji. To stanowiło atrakcję lewicy, a może i rację jej bytu.
To prawda, że tak rozumiana lewicowość często przemieniała się w utopię, a zbyt usilnie lansowana utopia przemieniała się w zbrodnię. Niemniej jednak owa lewicowość polegała na stawianiu niekonwencjonalnych pytań i udzielaniu niekonwencjonalnych odpowiedzi, traktowanych jako projekt przyszłościowy.
Otóż ten nurt, jak sądzę, jest dziś w głębokim kryzysie, nie tylko u nas zresztą. Ilustracją tego może być nieprzypadkowa przecież porażka socjalistów francuskich czy manewr Schödera, który wykonał w Niemczech manewr Millera, lub na odwrót, wszystko jedno.
Pytań, czasem bardzo niepopularnych, które boimy się zadawać, obawiając się ich logicznych konsekwencji, jest obecnie mnóstwo, małych i dużych. Zacznijmy na przykład od naszych przetargów w Iraku, sprawy Bumaru itd. Oczywiście, że potoczny pogląd jest taki, iż powinniśmy się starać wygrywać te przetargi, zarabiać na nich pieniądze i dawać u nas miejsca pracy w przemyśle zbrojeniowym. Ale przecież ich logika, w skali globalnej, jest inna. Oto bowiem państwa łupieżcze, które zniszczyły Irak, burząc jego domy i rozbijając armię, kłócą się obecnie o zyski z odbudowy, za którą zapłacą, rzecz jasna, zrujnowani Irakijczycy. Brzmi to paskudnie, ale taka jest przecież prawda, tak to wygląda z punktu widzenia całościowego projektu, którym jest myślenie lewicowe.
Nie lepiej przedstawia się sprawa unijnych dopłat dla rolników, o które walczymy, aby były jak największe. Ale przecież logika unijnych dopłat do rolnictwa w ogóle, na co zwrócił kiedyś uwagę Andrzej Celiński, w całości jest pomyślana jako sposób na zgniecenie przy użyciu dumpingowych cen wszelkiego eksportu z krajów biednych, które oprócz płodów rolnych nie mają nic do sprzedania, aby w ogóle przeżyć. Mówi o tym na głos ruch alterglobalistów, przykro to słyszeć, ale bierzemy w tym udział.
To, co nazywa się dzisiaj w Europie lewicą, omija takie pytania, chociaż wiążą się one najściślej z tym, jak będzie wyglądał świat za 50 lat. Jak będzie on żył ze złupionym światem arabskim, który produkuje terroryzm, oraz zagłodzoną do imentu Afryką i Ameryką Łacińską, która produkuje rewolucję?
A jak wyglądać będzie świat nam bliższy, tutaj? Uważamy, i słusznie, że naszym największym kłopotem jest bezrobocie, na skutek którego, jak wykazują badania, co dziesiąty Polak chodzi obecnie głodny. Wierzymy, że zassie je wzrost gospodarczy, oparty na nowoczesnych technologiach. Ale przecież nowoczesne technologie polegają właśnie na tym, aby oszczędzać na zatrudnieniu i aby maszyny robiły to, co obecnie robią ludzie. Zatem całe nasze rozumowanie może się okazać w perspektywie niesłuszne.
Czy myślimy w ogóle w tych kategoriach, czy stawiamy sobie takie pytania, szukając alternatywy dla potocznej wiary w zbawczą siłę wzrostu gospodarczego? Na świecie myśli się o skracaniu czasu pracy, o wolontariacie i jego kosztach, o sferze kultury jako przeciwwadze dla sfery produkcji w zagospodarowaniu ludzkich potrzeb. U nas cisza.
Nie twierdzę, że spodziewać się tego można na partyjnych konwencjach i zjazdach, nie są one od tego. Jest to na pewno praca dla jajogłowych, której echo jednak powinno rezonować także w tym, co mówi się z trybuny. Bardzo mnie bawi, gdy słyszę w krzepiących wywiadach, że lewica w Polsce dysponuje silnym zapleczem intelektualnym, to samo zapewne ubawiło i rozzłościło nieznaną mi panią Senyszyn. Wśród moich wspomnień bowiem mam, dość dawną już, rozmowę w doradczych gremiach oficjalnej lewicy, w której na moją sugestię, że należałoby zwrócić się do środowisk naukowych, intelektualnych czy kulturalnych, usłyszałem trzeźwą odpowiedź: a ileż to jest głosów? Jeden procent, pół procenta?
Na pewno nie więcej. Ale obecna porażka lewicy bierze się właśnie z tego, że zabrakło jej nie tyle pół procenta głosów wrzuconych do urny, ile pomysłu, do jakiego projektu społecznego osiągalnego nie nazajutrz, ale za 50 lat należy sterować.
Człowiek jest osobliwie skonstruowaną istotą, której do szczęścia potrzebna jest wiedza, a przynajmniej nadzieja, co będzie dalej, w przyszłości. Dotychczas lewica wykorzystywała tę dziwaczną skłonność naszego gatunku i skłonność ta przede wszystkim – a także pomimo wszystko – stanowiła jej naturalny, żelazny elektorat. Dzisiaj jest grzeczna, nie myśli o utopiach, przekonuje nas, a także siebie, żeby nie kraść, nie pysznić się, nie robić świństw bez wyraźnej potrzeby i pochylać się nad biednymi. Jak przystało na rekolekcje w Wielkim Poście.
A kto twierdzi inaczej?

 

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy