Jestem bezgenowcem

Piszę ten felieton, będąc podłamany psychicznie, ponieważ dowiedziałem się kilka godzin temu, że nie jestem osobą wywodzącą się ze „środowisk inteligencji historycznej”, chociaż myślałem, że człowiek żyje po to, żeby rozwijać inteligencję i tworzyć historię. A tu się okazało, że jeszcze muszę się wywodzić.
Tak mnie zdołował poseł PiS, Marek Suski, który udzielił wywiadu „Gazecie Wyborczej”, której mówić wszystko wolno, ale czytać już nie wypada.
Potem pan Marek wyjaśnił, o co mu chodzi, i zrobił to tak, że chciałem natychmiast podciąć sobie żyły. A zrobił to tak: „Jeżeli twój dziadek miał dyplom, to ty już dyplomu pokazywać nie musisz. Wychowanie w porządnej rodzinie, gdzie dbano o wartości, gwarantuje przyzwoitość”.
A ponieważ chwilę później dowiedziałem się, że pan poseł osobiście ma wykształcenie średnie, to pomyślałem, że powinien chodzić z dziadkiem, który na wszelki wypadek pokaże każdemu dyplom, z którego wynikać będzie, że jego wnuk jest wyposażony w genetyczny patriotyzm, a takowy dodatkowo się posiada tylko wtedy, kiedy „rodzina kandydata walczyła o Polskę, o niepodległość, dziadek był w Armii Krajowej, a pradziad walczył w powstaniu styczniowym”.
Jaka precyzyjna definicja patriotyzmu – pomyślałem przez moment i dźwignąłem się znad wanny, do której miałem upuścić swoją krew, żeby służyła potrzebującym, bo przypomniałem sobie, że moja rodzina brała udział w powstaniu styczniowym, dwóch wujków walczyło pod Monte Cassino, dwóch było i zginęło, walcząc pod sztandarami wileńskiej AK, i jeszcze kilku mężczyzn z rodziny całą wojnę spędziło w okopach. Niestety, moje geny historyczne popsuł własny ojciec, który będąc artylerzystą w polskiej armii, dostał się do niewoli niemieckiej i przesiedział wojnę w dwóch obozach jenieckich pilnowanych przez żołnierzy Wehrmachtu, tak więc gdybym zgłupiał i kandydował do Sejmu, mógłbym się dowiedzieć prędzej czy później, że ojciec Daukszewicza też miał coś wspólnego z tą niemiecką formacją.
Niestety – piszę niestety po raz drugi – mój śp. wspaniały i kochający tata po powrocie z niewoli zamiast pójść się kształcić, żeby później odpowiadał posłowi Suskiemu, poszedł do lasu rąbać drzewa i zarabiać 800 zł miesięcznie, żeby odejmując sobie od ust, dać wykształcenie swoim dzieciom, siostrze i mnie.
W związku z tym mój „genetyczny patriotyzm” jest w takim samym opłakanym stanie jak i ja.
Ale myślę, że jeszcze się znad tego sedesu podniosę (bo w międzyczasie postanowiłem spuścić krew do kibla, zrozumiawszy, że nie jest aż tak błękitna jak posła Suskiego). Podniosę się, ponieważ przypomniałem sobie zdanie powiedziane chyba w filmie „Trzy dni kondora”, że patriota to jest ktoś, kto broni kraju przed własnym rządem. I posłami też.

Wydanie: 13/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy