Rakowiec, 12 maja, godzina 14.05

Rakowiec, 12 maja, godzina 14.05

Pociąg gwałtownie hamuje, gitara się przewraca, brzdęk z piskiem, zaraz potem cisza i stanie. Po paru minutach głowy się podnoszą znad smartfonów oraz lektur papierowych, w moim przypadku znad jednego i drugiego, bo właśnie czytam „Pełnię nieszczęścia” i postanowiłem wyszukać w sieci zdjęcie matki Handkego. No, w każdym razie tych parę minut stania to już jest sygnał złowrogi, to jest stanie zapowiadające kierownika pociągu, który za chwilę będzie szedł wzdłuż wagonów i oznajmiał: koniec jazdy. Głowy wychylają się, wypatrują, na razie pan kierownik nerwowo gestykuluje, rozmawiając z maszynistą, na jego plecach rośnie w mgnieniu oka plama potu.

Zerkam przez okno, w jakim to polu szczerym stoimy, nie ma pola, są skarpy strome, Google maps pokazuje, że jesteśmy dokładnie w połowie drogi między stacjami. Pan kierownik w końcu idzie, ludzie zagadują, ale on milczy, nie zauważa, ignoruje, przechodzi, wysiada na końcu składu, schyla się, coś tam sprawdza, a potem krzyczy do telefonu. Tymczasem na skarpie samotny rowerzysta zatrzymał się, łypie w dół, tam gdzie ostatni wagon, wyjmuje komórkę i robi zdjęcia. Kierownik wraca, bledszy już od swojej koszuli przepoconej, i teraz dopiero oznajmia: człowiek pod kołami, trup, ruch zatrzymany, to potrwa co najmniej trzy godziny, muszą państwo wysiąść. Aha, no jak ja w pociągu czytam o samobójstwie (matki Handkego), to zaraz ktoś musi je popełnić w rzeczywistości, myślę sobie.

Wszyscy teraz przyklejają policzki do szyb, próbują kątem coś wypatrzyć, bo okna pozamykane, pociąg nowoczesny, podmiejski, klimatyzowany. Nie wiadomo, w którą stronę patrzeć, bo przecież jak się kto rzuca pod pociąg, to u jego czoła, tymczasem gapiów na skarpie przybywa tam, gdzie ostatni wagon; wyobraźnia pracuje, oj, przeciągnęło się hamowanie po człowieku. Zaczynają się meldunki przez telefon, gdzie kto nie zdąży i dlaczego, proszę sobie wyobrazić, wyobraź sobie, co się stało, wszyscy się odwołują do wyobraźni, poza gapiami na skarpie, których przybyło, jakby kto gołębiom wysypał ziarno, był jeden, zaraz się zleciał tłumek, ale że aż tak szybko, na takim pustkawym wygwizdówku, skąd ich nagle tyle, czy śmierć aż tak jest powabna? Patrzą, a raczej nie mogą oderwać wzroku; z tego, co widzą, coś widzą nieokreślonego, coś, co jakby ani życia, ani śmierci nie przypomina, przekrzywiają głowy, jakby chcieli ustawić kadr, widok obramować, ale im się nie klei.

Tymczasem straże pożarne, policje, nosze (optymistyczne) i worki plastikowe, i jakiś taki parawan rozkładają, oznakowany, policyjny. Na skarpie poruszenie, bo gapiom zasłonięto widok i teraz już tylko komentują żywo między sobą, niektórzy jeszcze wytrwale próbują coś dojrzeć, inni już dojrzeli do odejścia. Tymczasem u nas drzwi otwarte z przodu, można wychodzić, ale jak tu wyjść? Ja to nic nie mam poza paperbackiem i wodą w plecaczku, chłopak z walizą i gitarą, co podzwonne dla samobójcy brzdęknęła o podłogę, też sobie poradzi, ale zalęknione panie z tobołami, jezusmaria jak wysoko, ja tu nie zejdę, mają kłopot. Schodki przystosowane do wychodzenia na peron, a nie na tory, trzeba pomóc, teraz trochę robię za przewodnika górskiego; panie starszawe za ciężkie, żeby je hop-siup za biodra i na ziemię, więc jeden z góry trzyma za ręce i opuszcza, drugi z dołu czeka na nogi i daje oparcie. Tłok, bo tylko te drzwi z przodu otwarte, takie zalecenie, żeby jak najdalej od tego tam, niedawno mężczyzny, obecnie trupa płci męskiej, co nie dokończył rozmowy telefonicznej, bo teraz już od szeptanek przekazywanych wywiedziano się, że to nie samobójca, tylko zagadany przechodzień. Kładka kiedyś była, ale się zestarzała i zniknęła, a ludzie przywykli, więc dalej przechodzą, tylko przez tory, w miejscu cokolwiek ryzykownym. No a ten się zagadał, od razu sobie wyobrażam, z kim rozmawiał aż tak, żeby nie zauważyć mazowieckich kolei losu, przecież to nie teżewe, da się zauważyć z daleka. Może kłócił się z dziewczyną, kobietą czy, jak wolą fanatycy z nowej lewicy, osobą menstruującą, może właśnie mu powiedziała, że przestała menstruować, na co on: „Kochanie, to wspania…”. I od razu nie bez złośliwości rozmyślam, czy hunwejbini lingwiści uznają określenie „pogrobowiec”, czy też może znaleźli już jakiś feminatyw.

W końcu wszyscy wyleźli, idziemy torami, śmierć zostawiając za plecami, panowie taszczą toboły pań, nie jest przyjemnie, bo między szynami kamienie i śmieci, głównie szkło porozbijane, a dzień upalny, nikt butów górskich nie założył. Tempo niewysokie, skarpy owszem, taki wąwóz kolejowy, idziemy. Idziemy tak długo, że już się pojawiają nagłówki w mediach: „Tragiczny wypadek pod Rakowcem”, „Pociąg potrącił śmiertelnie mężczyznę”, tabloidy wolą wersję ostrzejszą: „Masakra na torach”, „Mężczyzna rozjechany przez wagony”. I ja sobie układam w głowie, jak to opowiem, bo przecież nie mogę nie opowiedzieć, przeżywam to, wszakże śmierć jest w życiu wydarzeniem, cudza śmierć, własnej się nie przeżywa.

w.kuczok@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 21/2021

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy