Nasz człowiek w wielkiej polityce

Nasz człowiek w wielkiej polityce

Jak każdy z nas i ja w jakąkolwiek stronę świata wzrok skieruję, wszędzie wypatruję poloników. W latach 60. wypatrzyłem w prasie amerykańskiej doktora nauk politycznych obracającego się w kręgach rządowych i akademickich, noszącego nazwisko Zbigniew Brzeziński. Do głowy mi nie mogło przyjść, że jako członek Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego będę kiedyś uczestniczył w uroczystości przyznawania mu doktoratu honorowego naszej uczelni. Im lepiej zaznajamiałem się z publikacjami i działalnością Brzezińskiego, tym więcej miałem dla niego podziwu. Gdy Stanley Hoffmann lub inny jakiś harwardczyk złośliwie albo i niezłośliwie go krytykował, cierpiałem, jakbym ja był obiektem nagany. „Zbig idzie na wykład, będzie mówił o 365 sposobach wyzwolenia Polski” – podobno jakoś tak go komentowano na korytarzach Harwardu czy Columbii.

Była taka dekada, gdy w kręgach wysokiej polityki Ameryki i Francji pojawiła się nadreprezentacja Polaków z pochodzenia. W USA senator Muskie, „czysty” Polak, kandydował na prezydenta, we Francji ministrem był książę Poniatowski, także markiz d’Ornano, po matce Michalskiej Polak, dwóch Palewskich na wysokich stanowiskach, kresowo brzmiące nazwisko de Lipkowski nosił wiceminister spraw zagranicznych Francji, a Zablocki był przewodniczącym parlamentarnej komisji spraw zagranicznych, ale nie wiem, amerykańskiej czy francuskiej. Czy to się nie musiało skończyć polskim papieżem?

Brzezińskiemu przypisuje się wielkie zasługi w obaleniu czy rozkruszeniu Związku Radzieckiego. Jeszcze dziś w Moskwie to nazwisko wymienia się z przestrachem. Jednak nie wszystkie wielkie plany Brzezińskiego kończyły się powodzeniem. Widzimy, jak jeden z jego planów strategicznych właśnie runął. Sądził Brzeziński, że najskuteczniejszym środkiem na ograniczenie, obalenie, rozczłonkowanie Rosji będzie sojusz Stanów Zjednoczonych z Pekinem. Te środki nie muszą od razu być „bogate”, zacząć można od „ubogich”. Rząd Stanów Zjednoczonych według Brzezińskiego powinien jak najczęściej umawiać się z Chinami na spotkania w cztery oczy w ważnych sprawach, albo i niekoniecznie ważnych, ale tak, aby Rosjanie poczuli, że są wykluczeni, że dwaj wielcy decydują o sprawach świata, pokazując Rosji, jakie jest jej miejsce, a jest ono trzeciorzędne. Będzie to działanie na morale przeciwnika takie, jakie zawsze poprzedza użycie środków „bogatych”.

Trudno mi zrozumieć, skąd Amerykanie brali pewność, że Rosja i Chiny są skazane na stosunki wrogie, i dlaczego nadal tak myślą. Może to jest myślenie zoologiczne, mające zakodowaną pewność, że organizmy wielkich rozmiarów wolą siedzieć tam, gdzie raz usiadły.

Według tego, co widać, to rządy chiński i rosyjski mają sekretne kontakty, do których nie chcą dopuszczać Amerykanów. Operowanie sekretami może niczego nie rozstrzyga, ale zasiewa wrogą nieufność.

Powiem rzecz powszechnie wiadomą: jeżeli Chiny będą się rozwijać w tempie i z takim rozmachem jak dotychczas – co nastąpić nie musi – staną się potęgą równą USA, a moralnie silniejszą.

Jedna z polskich gazet przedrukowała artykuł dwóch amerykańskich politologów z tezą, że skoro koncepcja Brzezińskiego upadła tak spektakularnie, to Stanom Zjednoczonym nie pozostaje nic innego, jak tylko zmienić politykę wobec Rosji. Wielkiej dyskusji na temat tego artykułu nie było ani w Polsce, ani w Ameryce. Ameryka jest oszołomiona wrogością wobec Rosji, a jak wróci do trzeźwości, wtedy rozważy się sprawy na nowo.

Brzezińskiemu powiodło się w innej sprawie. Gdy przyszła moda na okładanie Rosji sankcjami, Wielki Zbig usilnie radził wprowadzić sankcje dotkliwe i nic niekosztujące w formie wykluczenia rosyjskich sportowców z wielkich zawodów międzynarodowych. Trochę trwało, zanim udało się decydentów sportowych jednych przekonać, drugich urobić, w końcu cel został osiągnięty.

Pod koniec życia Zbigniew Brzeziński został odznaczony jednym z najwyższych orderów niemieckich. Jacyś Rosjanie zdziwili się, że przyjął order od byłych wrogów, Brzeziński odpowiedział, że ma nadzieję, że z czasem zostanie odznaczony orderem rosyjskim.

Był orędownikiem spraw ukraińskich, ale to z jego nazwiskiem kojarzy się koncepcja „finlandyzacji” Ukrainy. Wroga armia (natowska czy ukraińska) w pobliżu Stalingradu byłaby wyzywaniem losu. Niepodległość tak, ale bez środków militarnych grożących Rosji. Podobnie myśli Henry Kissinger.

Wydanie: 51/2019

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 19 grudnia, 2019, 12:53

    Zbigniew brzeziński to antypolska szmata, i tylko ludzie źle życzący Polsce beda tego łobuza gloryfikować, no ale pismaki tez musza jeść, i musza pisac pod ogólny klimat, w innym przypadku musieliby sie za łopatę wziasc.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radosław
      Radosław 20 grudnia, 2019, 12:43

      Brzeziński to był wyjątkowy drań – bo też nieprzeciętnie inteligentny. Niestety, jedno nie wyklucza drugiego. Ja go zapamiętałem, jak w czasie wojny w Afganistanie (tej z ZSRR) osobiście zagrzewał do walki dowódców mudżahedinów, aby jak najszybciej popędzili najeźdźcę, a jednocześnie na amerykańskich forach głosił, że ta wojna powinna trwać jak najdłużej, aby „wykrwawić Sowietów”. I tak się zastanawiam – czy z Polski też planował uczynić poletko do wykrwawiania Sowietów, kosztem życia paru milionów Polaków? No to może jednak stan wojenny Jaruzelskiego to było lepsze rozwiązanie?
      Brzeziński i jemu podobni zawsze mieli gęby pełne frazesów o wolności, demokracji, prawach człowieka. Tylko jak to się ma do faktu, że kiedy Afganistan był pod wpływami radzieckimi, to przeprowadzono tam podstawowe reformy społeczne – m.in. nadano ludzkie prawa kobietom, stworzono system edukacji, opieki zdrowotnej. Natomiast popierani przez amerykańskich „obrońców praw” mudżahedini ponownie cofnęli ten kraj do średniowiecza.

      Odpowiedz na ten komentarz
      • Andrzej
        Andrzej 20 grudnia, 2019, 22:46

        Caly tzw. wolny swiat popieral na rozne sposoby bohaterskich mudzahedinow, wielu walczylo po ich stronie, na przyklad Radek Sikorski (dlaczego? nie podobaly sie postepowe reformy spoleczne?). Po wyjsciu Rosjan z Afganistanu bohaterscy mudzahedini okazali sie wstretnymi talibami, slusznie zwalczanymi przez caly tzw. wolny swiat. Niestety, reform spolecznych nie udaje sie wdrozyc.

        Odpowiedz na ten komentarz
        • Ireneusz50
          Ireneusz50 21 grudnia, 2019, 11:39

          im reformy są nie potrzebne, zyja swoim światem, a gdyby tak wielkim nie zależało na zreformowaniu Afgańczyków, to by sie już sami dawno zreformowali. Chiny sie nie mogły zreformować tak długo jak tego nie chcieli, dzis trzeba reformować USA, to samo dotyczy afryki, ameryki łacińskiej, i KRLD, jak nas zreformowali 30 lat temu to dzicz zapanowała do dzis a literaty maja rodowód od łopaty.

          Odpowiedz na ten komentarz
  2. fly
    fly 27 grudnia, 2019, 19:59

    Radosławie , pytasz retorycznie ? Polska zawsze odgrywała i odgrywa (!) dla USA rolę psa niosącego ładunek pod ruski czołg . Były takie psy w różnych armiach . To doktryna Brzezińskiego i Wolfovitza śmiertelnie dla nas niebezpieczna . Zakłada właśnie rozczłonkowanie Rosji jako państwa zbyt dużego ( kontynentu) i wewnętrznego . Państwo wewnętrzne , a zwł . takie jak Rosja , to takie , którego nie może zablokować US Navy i mp. VI flota . Daje sobie bowiem radę bez światowego oceanu .
    To , że Rosję uratował W.W. Putin było cudem i dla nas ! Powinniśmy wynieść go na ołtarze . Sic !
    Dlaczego ? Ano dlatego , że rozpadające się mocarstwo jądrowe powoduje wojnę . I to światową i jądrową , bo Chiny niechybnie sięgnęłyby po Syberię . Na to USA musiałyby (!) odpowiedzieć atakiem jądrowym , gdyż czołgów tam nie mają i mieć nie będą .
    Więc był Zbig sępem . Amerykańskim i TYLKO amerykańskim . Służącym potędze kompleksu militarnego . Istnienie Polski na tej WIELKIEJ SZACHOWNICY traktował jak PIONKA do zbicia !

    Tragedią jest to , że poststyropianowe „elity” niosą ten ładunek na grzbiecie machając ogonem do USA i proszą o jeszcze większy aby tylko zaszkodzić Rosji .

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radosław
      Radosław 31 grudnia, 2019, 17:22

      Zgadzam się w zupełności. Dodam jeszcze, że gdyby nie gen. Jaruzelski, to „kocioł” na terenie Polski eksplodowałby już w 1981/82 roku. I byłaby to eksplozja nieporównanie potężniejsza, niż wojna w Afganistanie – bo na terytorium kraju, którego znaczenie w zimnowojennej rozgrywce było kluczowe, a nie peryferyjne.
      W sierpniu 1964 roku w Wietnamie Amerykanie dokonali prowokacji zwanej eufemistycznie incydentem w Zatoce Tonkinskiej. Oskarżyli marynarkę wietnamską o rzekomy atak na amerykański niszczyciel. Ten „incydent” stał się pretekstem do pełnego zaangażowania USA w wojnę, za którą zapłaciło życiem 3 mln. Wietnamczyków.
      Amerykanie już w Polsce są i czekają na odpowiednią okazję. Pożytecznych idiotów i zdrajców, którzy ułatwią im zadanie w Polsce nie brakuje. Pewnie mają obiecane pierwsze miejsca w „Herkulesach” i „Dreamlinerach”, które ich bezpiecznie wywiozą za wielką wodę. To taka polska tradycja – sprawcy narodowych tragedii zawsze jakoś zdołali znaleźć bezpieczny azyl, z dala od kraju, który podpalili.

      Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy