Wojna z narodem – nie z dyktatorem

Z pisaniem tego felietonu należało zapewne zaczekać kilka dni, lecz muszę jutro wyjechać na posiedzenie Rady Europy, a tam nie mam ani czasu, ani dobrej maszyny do pisania. Czas, o którym mówię, byłby mi potrzebny na doczekanie się wyjaśnienia sytuacji wojennej w Iraku. Moje wystąpienie w Sejmie RP w tej sprawie zostało być może źle zrozumiane i w moim biurze poselskim zaczęły dzwonić telefony z pretensjami, iż popieram tę wojnę. Przeto wyjaśniam ponownie, że jako ktoś związany od lat z ideologią i strukturami organizacyjnymi Czerwonego Krzyża (jestem od ponad pięciu lat prezesem Zarządu Głównego PCK) nie mogę popierać tej wojny jako takiej. W Sejmie wskazywałem jedynie okoliczności mogące ewentualnie usprawiedliwiać akcję wojenną skierowaną przeciw wielkiemu zbrodniarzowi naszych czasów, Saddamowi Husajnowi, bo zaczynam się obawiać – gdy słucham wypowiedzi niektórych polityków, skierowanych raczej przeciwko rządowi polskiemu niż przeciw barbarzyńcy znad Eufratu i Tygrysu – że niedługo my, żołnierze AK, będziemy oskarżani o skłonności terrorystyczne, ponieważ walczyliśmy z Hitlerem i jego zbrodniczym państwem.
Wojna jest złem. Nie mam co do tego wątpliwości. Zadaję sobie jednak pytanie i znam odpowiedź, czy walka z tyranem jest też czymś zasługującym na potępienie i o tym mówiłem w Sejmie. Obawiam się jednak, że Amerykanie nas i nasz rząd perfidnie oszukali, wmawiając naszej opinii publicznej, że naród iracki masowo przyłączy się do walki z tyranem, krwawej, lecz krótkiej, gdyż wojska zbrodniarza łatwo się poddadzą i przyjmą wojska koalicji antyirackiej z entuzjazmem jako wyzwolicieli.
Dziś rano Polskie Radio przeprowadziło ciekawą rozmowę bezpośrednio transmitowaną z Londynu z prof. Normanem Davisem, poważnym historykiem, także naszych dziejów, który zwrócił moją i słuchaczy uwagę na podobieństwo irackich zdarzeń wojennych z tym, co stało się w Związku Radzieckim po napaści Hitlera. Początkowo, czego sam byłem naocznym świadkiem, potężne formacje Armii Czerwonej poddawały się wojskom wyzwolicieli od potwora Stalina. Szybko jednak – nie bez wpływu zbrodniczego traktowania jeńców radzieckich przez Niemców – tak łatwo pokonywana początkowo armia zaczęła się straceńczo, lecz skutecznie bronić – zaś bohaterska walka o Stalingrad przeszła do historii ludzkiego męstwa.
Coś podobnego zaczyna się dziać w Iraku. Żołnierze Saddama Husajna bronią się coraz skuteczniej, zaś przewidywany blitzkrieg ugrzązł w piaskach pustyni z powodu braku żywności i paliwa. Los amerykańskich generałów staje się coraz bardziej podobny do tego, co spotkało ich niemieckich odpowiedników w dowodzeniu coraz to bardziej słabnącą armią. Wzmaga się też siła protestów przeciw wojnie na całym świecie, a także w Polsce, choć u nas demonstracje nie gromadzą zbyt wielu uczestników.
Jak mi donoszą moi rodzinni Amerykanie oraz przedruki z tamtejszej prasy, prezydent USA traci coraz bardziej zaufanie rodaków. Mówią o nim, że tak naprawdę jest sądowym mianowańcem, a nie wybrańcem narodu, mówią źle i bardzo źle o samej wojnie, ponoć prowadzonej nieudolnie, ale za to przynoszącej bolesne skutki cywilnej ludności Iraku. Ginie także coraz więcej żołnierzy koalicji antyirackiej. Wolno przypuszczać, że wbrew buńczucznym zapowiedziom sztabowców z USA wojna nie toczy się przeciw dyktatorowi, lecz przeciw narodowi irackiemu, jest coraz bardziej obronną akcją irackiego narodu przeciw „haniebnej agresji” ze strony wojowniczego, antymuzułmańskiego Zachodu. Dzieje się zatem to, czego należało i wolno było się spodziewać i co w przyszłości może przynieść fatalne skutki dla tegoż Zachodu.
Zmienia się także sytuacja moralna i polityczna Niemiec, Francji i Belgii i wielu innych państw przeciwnych tej wojnie. Nie wolno zapominać, że społeczności muzułmańskie są coraz liczniejsze w Europie. Francja ma ich już blisko 10 mln, Niemcy ponad pięć, a gdy byłem kilka dni temu w Brukseli, zauważyłem w pobliżu siedziby Unii Europejskiej ogromny meczet w samym centrum tej stolicy.
To wszystko, o czym tutaj piszę, nie powinno stawać się zbiorem argumentów w obrzydliwej w moim przekonaniu sprawie, jaką jest świadome i celowe zamienianie wojny z okrutnym irackim dyktatorem w wojnę z rządem polskim, jak to coraz wyraźniej czyni pewna część opozycji politycznej. Przedstawiciele dwóch poważniejszych partii opozycyjnych w Sejmie wygłosili w irackiej debacie poważne i rozumne przemówienia. Byli to: dawny minister obrony, Bronisław Komorowski, i poseł Marek Jurek. Natomiast posłowie sił populistycznych skorzystali z okazji, by się ustroić w piórka obrońców pokoju i raczej atakowali rząd niż zbrodniczego Sddama.
W tej chwili w ogóle trwa zmasowany atak na lewicowy rząd i każda okazja jest dobra, by mu dołożyć, jak tylko się da, nie wyłączając najzupełniej urojonych oskarżeń. Pojawiają się tu i ówdzie głosy nawołujące do przedwczesnych wyborów, które – jak znam życie – nie zmienią w niczym chwiejności każdego rządu, jaki mógłby zostać powołany.
Sytuacja polityczna w Polsce byłaby wręcz śmieszna, gdyby ta komiczność nie była groźna dla podstawowych interesów polskiego społeczeństwa. Opozycja jak gdyby nie widziała tego niebezpiecznego dla kraju rozkawałkowania preferencji wyborczych, co musiałoby w razie przyspieszenia wyborów dać znowu zły efekt w postaci słabego poparcia politycznego każdego z możliwych układów władzy. Opozycja wali na oślep albo wręcz po łajdacku w obecny układ, bez opamiętania się, że każda następna struktura władzy może mieć równie chwiejne podstawy jak obecna po skandalicznym zachowaniu się dawnego ZSL, teraz PSL – mistrza w szukaniu własnych korzyści bez oglądania się na dobro państwa. Pozostaje nam tylko modlitwa do Boga o zmiłowanie się nad nami, jeśli już nie wyczerpaliśmy zasobów Jego miłosierdzia.

29 marca 2003 r.

 

Wydanie: 15/2003

Kategorie: Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy