Zmienność

Zmienność

Ludzie tworzą swoją historię, ale nie znają historii, którą tworzą – powiedział pewien chwilowo niemodny filozof. Polska wstępuje do Unii Europejskiej, ale do jakiej Unii ostatecznie wstąpimy i co z tego wyniknie, nie wiedzą ani politycy, ani społeczeństwo. Wiemy tylko to, czym Unia była w swoich dotychczasowych wcieleniach i czym miała być. Przede wszystkim, jak sama nazwa wskazuje, miała być europejska. Przez kilkanaście lat mówiono o naszym powrocie do Europy, od której odcięła nas Jałta, a do której przed Jałtą podobno należeliśmy przez cały czas od Mieszka I. Wielkie ilości papieru zadrukowano rozważaniami o tożsamości Europy, o jej chrześcijańskim rodowodzie, o jej katedrach, o Renesansie i Oświeceniu, o jej duchu samokrytycznym, dzięki któremu podobno przezwyciężała okresy upadku, wreszcie o demokracji i liberalizmie, w których jej historia znalazła swoje ukoronowanie. Europa po Jałcie miała znowu tak głęboko i wszechstronnie przeobrazić nasz kraj po wstąpieniu do Unii, że analogii do tej przemiany trzeba było szukać w czynie owego Mieszka, który tysiąc lat temu Polaków kazał ochrzcić i ochrzczonych wprowadził do Europy.
Już się dowiadujemy, że Unia będzie inna, niż miała być. Przede wszystkim nie będzie tak „solidarna” z nowymi członkami, jak się spodziewaliśmy i jaką była wobec Grecji czy Portugalii. Nadzieja na tę „solidarność”, czyli dopłacanie do nowych biednych, była powszechna. Właściwie nie nadzieja to była, lecz pewność. Już sobie chyba wszyscy zdali sprawę, że ta nadzieja się nie spełni.
Może sobie też uświadomimy, że była ona również trochę niemoralna: dlaczego pracownik zachodnioeuropejski miałby się trudzić dla polepszenia warunków życia wschodniego Europejczyka, Polaka czy Litwina? Pomoże on im tyle, ile trzeba, i w taki sposób, aby utracili atut, jakim na rynku jest ich gotowość pracowania za niższą płacę. Osłabianie konkurencyjności sąsiadów jest skrywaną intencją polityki socjalnej krajów należących do Unii nie od teraz, ale od dawna, jeśli nie od początku.
Nie wiemy, jaką historię tworzymy, i nie wiemy, kim sami jesteśmy, a zwłaszcza kim są nasi politycy. Po kilkunastu latach modlenia się do Europy okazało się, że politycy, gdziekolwiek się pojawią, ciągną za sobą partyjnego ducha sprzeciwu. Wszystkie partie pogodziły się w Polsce chwilowo, ale tylko po to, aby skłócić Polskę z jej europejskimi partnerami z Unii w sprawie konstytucji i sposobu głosowania w Radzie UE. Po nastroju proeuropejskiej nabożności ślad nie pozostał. Jak nasi politycy zachowaliby się, gdyby Francję i Niemcy uznali za kraje wrogie? Chyba tak samo. Nie mogąc wypowiedzieć im wojny, staraliby się ze wszystkich sił przeszkadzać we wprowadzeniu konstytucji umacniającej Unię pod ich kierownictwem. Chciałyby polskie partie, abyśmy w ich obronie „nicejskiego” sposobu głosowania widzieli troskę o polski interes narodowy. W rzeczywistości nie chodziło tam wcale o interes narodowy. Obrona tych 27 polskich głosów była podyktowana przez próżność polityków, przez ich skądinąd naturalne pragnienie, aby wszędzie, gdzie się znajdą, znaczyć więcej, niż im się należy, nawet jeśli ten ich cel prestiżowy miałby być osiągnięty kosztem interesu narodowego. Swoim niemądrym postępowaniem spowodowali, że w wielu negocjacjach pozycja Polski będzie gorsza, słabsza, niż by mogła być, gdyby nie występowali na przekór najsilniejszym krajom Unii. Polski interes narodowy w stosunkach z Unią jest bardzo prosty i daje się wyrazić w pieniądzach, w walorach technologicznych i cywilizacyjnych. Trzeba mieć naprawdę pstro w głowie, żeby robić sobie przeciwników z tak fikcyjnego powodu jak „chrześcijaństwo” czy „judeochrześcijaństwo” w preambule. Gdyby to „chrześcijaństwo” znaczyło przeszkodę dla przyjmowania krajów muzułmańskich, to przynajmniej byłoby o czym dyskutować. Ale Polska czytająca w myślach Wuja Sama już się zdążyła wypowiedzieć za przyjęciem Turcji do Unii Europejskiej.
Gdy zaczną się negocjacje z Turcją, trzeba będzie Europejczykom wywabiać z głów to wszystko, co napisano i powiedziano im o chrześcijańskiej tożsamości Europy i o czym oni wiedzieli z innych źródeł. Trzeba będzie szukać uzasadnienia dla Unii Euroazjatyckiej. Wyższe Szkoły Euroazjatyckie wprowadzą wydziały orientalistyczne. Instytut Pamięci Narodowej rozpocznie badania naukowe na temat polsko-tureckiego braterstwa broni pod Wiedniem.
Wszystko, co sobie Polacy przez pół wieku wymarzyli, urzeczywistniało się, ale zaraz następnego dnia okazywało się czymś zupełnie innym, niż miało być. Do czego służy wymarzone NATO? Kogo i przed kim ma bronić? I czy jeszcze istnieje? – pytał niedawno politolog z angielskiego instytutu studiów strategicznych. Kosztuje, więc musi istnieć, jest to dowód niepodważalny.
Czy NATO, do którego zapisał nas minister Geremek, ku powszechnemu zresztą zadowoleniu, było tym NATO, które ściga talibów w Afganistanie? Czy istniał taki wizjoner, któremu przyszło do głowy w dziennych rozważaniach lub nocnych majaczeniach, że wojska NATO z polskim udziałem znajdą się w Iraku, dokąd Amerykanie chcą je sprowadzić i sprowadzą?
Nie tylko NATO i Europa się zmieniają. Wszystko płynie szybciej w dobie rozkładu dotychczasowego świata, a polityka zagraniczna pomniejszych państw jest na wodzie pisana. Nasi politycy jeżdżący po świecie tyle tylko z tego wynoszą, ile zobaczą, powąchają, odetchną innym powietrzem. Reszta jest złudzeniem. Test użyteczności mogą przejść jedynie w kraju. Naszą rzeczywistością jest to, co tu, u siebie, potrafimy zbudować, wytworzyć. Niestety, potrafimy mniej niż inni.

 

Wydanie: 11/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy