Do zobaczenia

Do zobaczenia

Znajomy od czterech lat sprowadza swoje życzenia noworoczne do trzech słów: Majdan, wybory, Norymberga. W zasadzie podzielałbym te pragnienia, gdyby nie fakt, że z roku na rok stają się coraz bardziej pobożne. Jako bezbożnik i realista życzę więc sobie, żeby rok 2020 podtrzymał, a nawet przyśpieszył nieuniknione a pożyteczne trendy: jeszcze mniej powołań, jeszcze więcej księży Tymoteuszów. Niech w kruchcie będzie coraz ciaśniej, ergo w ojczyźnie jaśniej. Jak się w owczarni przerzedzi, kler nie będzie miał z czego doić, a wtedy skończy się także mentalna bryndza narodowa – samodzielność umysłowa społeczeństwa obywatelskiego jest wszak koszmarem sennym episkopatu i rządowego katotalibanu.

Dość o polityce; skorzystam teraz skrzętnie z wywalczonych łamów i zrobię sobie podsumowanie kulturalne, a ściślej – filmowe, mijającego roku. Koleżanki i koledzy po wyuczonym zawodzie już od miesiąca ogłaszają dziesiątki ulubionych filmów. Ja się wstrzymuję jak najdłużej, żeby obejrzeć wszystkie rzeczy podejrzane o wielkość. Zostawiam jedno miejsce wolne, bo nie zdążyłem jeszcze sprawdzić np. bardzo chwalonych filmów Karima Aïnouza czy Céline Sciammy. Oto zatem moja dziewiątka premier kinowych 2019 polecanych do zobaczenia, może się przyda Państwu do filmowych remanentów w karnawale – w nawiasach podaję nazwiska i narodowość twórców.

1. „Faworyta” (Yorgos Lanthimos, Grek) – mój ulubieniec nie przytępił arthouse’owego pazura i nie zatracił niepodrabialnego stylu pisma także w krainie wielkobudżetowej beztroski. Nawet w kostiumie historycznym bywa rozkosznie surrealistyczny (wyścigi kaczek, choreografia tańców dworskich), perwersyjny i okrutny. Ogląda się to cacko jak klejnot operatorski na miarę „Barry’ego Lyndona” czy „Kontraktu rysownika”. Arcymistrzowska forma.

2. „Kraina miodu” (Tamara Kotewska, Ljubomir Stefanow, Macedończycy) – objawienie festiwalu Millennium Docs Against Gravity, byłem jednym z jurorów, którzy przyznali filmowi główne laury, a werdykt podyktowałem taki: „Piękna i mądra opowieść o przemijaniu, miłości, pokorze niezbędnej do życia w harmonii z naturą, a także cierpliwości do przetrwania jej żywiołów, spośród których najbardziej niszczycielski okazuje się człowiek. Wysmakowane estetycznie, poruszające dzieło, które uwodzi bez gry wstępnej, rozkochuje od pierwszego ujęcia i trzyma za serce po wygaśnięciu ostatnich kadrów”.

3. „Bracia Sisters” (Jacques Audiard, Francuz) – zekranizowany czarny humor Patricka deWitta w realiach Dzikiego Zachodu dał w efekcie westernową groteskę w duchu „Przełomów Missouri”. Dwaj bezlitośni egzekutorzy w końcu i tak dochodzą do wniosku, że nie ma jak u mamy. Wielki Joaquin Phoenix jeszcze w ryzach reżyserskich, choć dopiero za szarżę w przecenionym „Jokerze” dostanie zapewne Oscara. Pożegnalny epizod Rutgera Hauera, który tuż przed śmiercią świetnie zagrał… trupa.

4. „Szczęśliwy Lazzaro” (Alice Rohrwacher, Włoszka) – ballada o świętym idiocie, kino lewicowo-chrześcijańskie, metafizyka i realizm społeczny w jednym cudzie filmowym, któremu nie oprze się najbardziej zatwardziały agnostyk.

5. „Kafarnaum” (Nadine Labaki, Libanka) – zjawiskowy brzdąc walczy o przetrwanie i godność w bejruckich slamsach, ale wbrew marudzeniom niektórych krytyków nie ma tu epatowania dziecięcą krzywdą ani szantażu emocjonalnego. Jest żywioł sztuki filmowej, prawda, że z gorzką puentą: bohater zaskarża rodziców o to, że zmusili go do przyjścia na świat.

6. „Wysoka dziewczyna” (Kantemir Bałagow, Rosjanin) – dzieło cudownego dziecka kina rosyjskiego, ucznia Aleksandra Sokurowa. Bałagow od mistrza przejął skupienie na postaciach i dyscyplinę formalną, ale uniknął jego maniery; film fabularnie zanurzony w wojennych książkach Swietłany Aleksijewicz, zarazem uważne studium bliskości dwóch kobiet połączonych wspólną traumą.

7. „Vice” (Adam McKay, Amerykanin) – biografia Dicka Cheneya, szarej eminencji Białego Domu w najgorętszym okresie nowoczesnej historii. McKay nie stracił błyskotliwej kąśliwości, którą czarował już w „Big Short”. Rewelacyjne, czyste kino o brudnej polityce; kolejna ofiarna metamorfoza Christiana Bale’a.

8. „Ułaskawienie” (Jan Jakub Kolski, Polak) – życiowa rola Grażyny Błęckiej-Kolskiej, jednej z najpiękniejszych twarzy polskiego kina. Niespodziewany powrót kolszczyzny, tym razem w kinie ostatniej drogi, jakby Faulknerowskie „Kiedy umieram” przenieść w czasy powojnia. Czyli można zrobić świetny film o „wyklętym” zamiast ipeenowskiego plakaciszcza.

9. „Spider-Man. Daleko od domu” (Jon Watts, Amerykanin) – żeby nie było, że to patointeligencki ranking dramatów psychologicznych, popkultura też czasem daje wyrafinowaną pożywkę. Nastoletni superbohater stawia czoła wszystkim koalicjom zła, ale w świecie postprawdy i fake newsów staje się bezradny. Akademicka hipsterka wyła w tym roku do animowanej wersji „Spider-Mana”, dla mnie jednak zbyt komiksowo rozpląsanej, łeb mnie od niej rozbolał.

Wydanie: 1/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy