Zmiana konstytucji?

Zmiana konstytucji?

Premier zaproponował zmianę konstytucji. Z grubsza rzecz ujmując, premier proponuje, aby wzmocnić władzę wykonawczą, szczególnie pozycję premiera, osłabić pozycję prezydenta, konsekwentnie zmieniając tryb jego wyboru. Miałby być wybierany nie w wyborach powszechnych, ale przez Zgromadzenie Narodowe (Sejm i Senat). Poza tym zmniejszeniu o 100 miałaby ulec liczba posłów. Sejm liczyłby zatem nie 460 posłów, a jedynie 360, w dodatku zmianie uległaby ordynacja wyborcza na „mieszaną”, pojawiłyby się okręgi jednomandatowe.
Jest to poważna propozycja zmiany ustroju. Rzecz ciekawa, ta propozycja nie była dotąd przedmiotem żadnych dyskusji wewnątrz Platformy, co więcej, zaskoczyła ona wielu posłów PO. Wymyślił ją osobiście premier Tusk lub ktoś z jego najbliższego otoczenia. Tak czy owak, firmuje ją premier. Ubezwłasnowolniona przez niego Platforma, chcąc nie chcąc, projekt ten będzie musiała uznać za swój i popierać go.
Nie ulega wątpliwości, że obecna konstytucja uchwalona, a później przyjęta w referendum ogólnonarodowym wbrew obawom hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego generalnie sprawdziła się. Nawiasem mówiąc, czy w II Rzeczypospolitej, tak często przez rządzącą prawicę stawianej za wzór, przyszło komuś do głowy, by konsultować projekt konstytucji z Episkopatem? Czy ktokolwiek brał pod uwagę głos Episkopatu, uchwalając konstytucję kwietniową, pozbawioną nie tylko invocatio Dei, ale nawet jakiejkolwiek preambuły?
Skutki 12-letniego działania naszej konstytucji nie okazały się porównywalne z „nawałą bolszewicką”, jak przepowiadał to ówczesny szef „Solidarności”, a ostatnio niefortunny kandydat Platformy do Parlamentu Europejskiego, Marian Krzaklewski.
Przy wszystkich zaletach konstytucji nie ulega wątpliwości, że po 12 latach jej działania warto przeanalizować praktykę jej stosowania i w świetle doświadczeń tej praktyki rozważyć, co ewentualnie należy w niej doprecyzować, co zmienić. Do tego potrzebna jest spokojna, wolna od doraźnej walki politycznej analiza i dyskusja. Nad kształtem ustroju politycznego państwa, nad trafnością redakcji niektórych przepisów konstytucji, ocenianych w kontekście założeń ustrojowych.
Czy tego przeglądu powinni dokonywać aktualni politycy, uwikłani w walkę polityczną, czy raczej należałoby powołać jakąś radę, złożoną z doświadczonych, ale dziś nieuczestniczących w bieżącej polityce polityków (np. byłych prezydentów, premierów, marszałków Sejmu), wspartych jeszcze przez ekspertów, prawników konstytucjonalistów, a może byłych prezesów i sędziów Trybunału Konstytucyjnego i byłych rzeczników praw obywatelskich, jest kwestią otwartą. Osobiście odradzałbym zlecanie tego swoistego audytu ludziom, którzy aktualnie prowadzą ostrą walkę polityczną. Zbyt silna to byłaby dla nich pokusa, aby przy okazji próby zmiany konstytucji, pod pretekstem jej naprawiania załatwić jakiś interes swej partii.
Uważam, że na miejscu byłaby też ogólnonarodowa dyskusja. Wszak kształt konstytucji nadaje kształt ustrojowi państwa i warto by wiedzieć, co myślą na ten temat obywatele.
Tego wszystkiego nie ma, jest projekt autorstwa premiera Tuska. Projekt to za dużo powiedziane, to nawet nie projekt, ale jakieś założenia ideowe projektu.
Dlaczego premier to zrobił? Chciał zainicjować dyskusję – odpowiadają za premiera niektórzy publicyści. Nie jestem pewien, czy do inicjowania dyskusji nad kształtem konstytucji, a więc pośrednio nad kształtem ustroju państwa, najbardziej nadaje się premier, znajdujący się w samym centrum ostrej walki politycznej. Nawet gdyby jego mądrość i fachowość były poza dyskusją, zawsze będzie wątpliwość, czy nie robi tego dla jakiegoś doraźnego politycznego celu. Naprawdę lepiej, gdyby taką dyskusję zainicjowali profesorowie konstytucjonaliści wespół z poważnymi publicystami. Na razie jesteśmy wszak na etapie ważnych, ale przecież akademickich debat.
Propozycje premiera, które w sposób oczywisty Platforma przyjmie za swoje nie mają szans przejść w Sejmie. Zmiana konstytucji nie jest możliwa bez zgody posłów PiS. Sądzić że PiS zgodzi się osłabić pozycję prezydenta, którym ochotę ma zostać na drugą kadencję Lech Kaczyński? Albo zgodzi się na wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe, w którym Platforma ma większość?
PiS można wiele zarzucić. Że ma archaiczną wizję państwa autorytarnego, że za nic ma demokrację i reguły państwa prawa, ale przecież nie można zarzucić Jarosławowi Kaczyńskiemu głupoty i braku politycznego doświadczenia. Nabrać się nie da. Chyba że Platforma przedstawi PiS znaną sprzed lat propozycję: „wasz prezydent, nasz premier!”. Kaczyński za dużych szans na reelekcję w wyborach powszechnych nie ma, co do wyborów w Zgromadzeniu Narodowym można się umówić. Lepszy słaby prezydent niż żaden. Ale gdzie gwarancja, że Platforma umowy dotrzyma? PiS poprze zmiany konstytucji w zamian za obietnicę, że Platforma pomoże wybrać Kaczyńskiego na prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe, a po przeprowadzeniu zmian konstytucji z zobowiązania się nie wywiąże? Wątpię, czy Jarosław Kaczyński byłby gotów aż tak ryzykować. A może PiS, wiedząc, że Lech Kaczyński i tak w wyborach szans nie ma, poprze platformiany projekt zmiany konstytucji w części polityczno-ustrojowej, ale w zamian zażąda poprawek dotyczących ochrony życia poczętego, zakazu in vitro, dekomunizacji etc.? Takie pomysły bliskie są zresztą znacznej części posłów Platformy.
Zobaczymy, jak będzie się rozwijać dyskusja nad Tuskową propozycją. Jedno w każdym razie jest pewne. Gdy mówimy Platforma, myślimy Tusk. Gdy mówimy PiS, myślimy Jarosław Kaczyński.
Dwie główne partie prawicowe są dziś partiami wodzowskimi. Jeśli tak jest, jeśli dyskusja wewnątrz partii jest zbyteczna (jak w Platformie w sprawie konstytucji) lub zabroniona (jak w PiS, na każdy temat), jeśli ten model upowszechnia się (PSL – to Pawlak, a SLD – to Napieralski), to model przyszłego ustroju rysuje się sam, ukazując konieczny kierunek zmian konstytucji.
Wyciągając z tego logiczne wnioski, proponuję liczby posłów nie zmniejszać. Niech zaraz po wyborach zjedzie się do Sejmu wszystkich 460 i zaraz pierwszego dnia niech wybiorą przewodniczących klubów i kół. Po tym mogą już jechać do domu i nigdy więcej do Warszawy nie przyjeżdżać. W posiedzeniach plenarnych uczestniczyliby odtąd tylko przewodniczący klubów i kół, którzy po wysłuchaniu zaleceń swych partyjnych szefów głosowaliby pakietami głosów. Po co wszystkich ściągać do Warszawy, gdy i tak w głosowaniach obowiązuje dyscyplina partyjna, a stanowisko partii ustala lider? Nie trzeba by zatem płacić posłom pensji i diet, nie plątaliby się bez sensu po Sejmie, a przy okazji po całej Warszawie, mniej by ich było w telewizji. Byłoby i taniej, i przyjemniej. A efekt ten sam.

Wydanie: 48/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy