Go drag!

Go drag!

Na ekranie widać wysokiego, ciemnoskórego mężczyznę pochodzenia afroamerykańskiego. Stoi na podeście przy słynnej alei gwiazd w Los Angeles. Przystojny, szczupły, z pięknym, amerykańskim uśmiechem. Wokół ochroniarze. Na dole wiwatujący tłum wielbicieli i fotografów. RuPaul (właśc. RuPaul Andre Charles) świętuje odsłonięcie własnej gwiazdy na trotuarze. Jest to pierwsza gwiazda w alei, którą otrzymała drag queen. „Vogue” robi z tego święta spektakularny reportaż, wideo można oglądać w sieci. O wydarzeniu informują nie tylko portale plotkarskie, ale też działy kultury w wydaniach wpływowych pism. Nic dziwnego, telewizyjny talent show prowadzony przez RuPaula (w Polsce do obejrzenia np. w serwisie Netflix) „RuPaul’s Drag Race” osiągnął w Stanach i na całym świecie rekordy popularności. Ten utalentowany facet to nie youtuber z ekspresją nienormatywną, to nie crossdresser, namawiający w internecie do uwolnienia swojej kobiecej persony – to prawdziwa gwiazda popkultury.

Historia RuPaula to oczywiście amerykański sen, topos Kopciuszka, i to podwójnie ekscytujący, bo inność RuPaula była wielopoziomowa. Nie wszystkie drag queens są homoseksualne. Drag jest tylko sceniczną personą, która eksploruje woman excess, czyli przerysowuje kobiecość, dążąc do ironicznej, a jednocześnie sentymentalnej przesady. Balansuje na pograniczu kiczu, jednak zachowuje dystans. Tymczasem RuPaul jest właśnie czarną, homoseksualną drag queen. W każdym razie wtedy, kiedy się przebiera. Czy to go powstrzymało przed podbiciem scen i rankingów popularności?

Zanim jako kilkunastolatek zatrudnił się w roli tancerza w Celebrity Club, rozdawał ulotki przed teatrami. I na potęgę oglądał filmy z najwspanialszymi divami Hollywood. Ponaddwumetrowy marzyciel najbardziej na świecie chciał być jedną z nich. Dlatego podczas przemówienia w alei gwiazd pozdrowił fanów gestem otwartej dłoni, którzy kinomani mogą pamiętać z kultowego erotycznego filmu science fiction „Barbarella” (w roli głównej niezapomniana Jane Fonda podłączona do orgazmotronu). Spełnił swoje marzenie: został i aktorką, i aktorem. Poza tym wokalistą, modelem, blogerem. I przede wszystkim uosobieniem tej jaśniejszej Ameryki: tolerancyjnej, otwartej, potrafiącej się bawić, akceptującej i wrażliwej. Love – powtarzał RuPaul za Barbarellą. A w telewizyjnym show wciąż zapewnia wszystkie drag queens: You are all fabulous.

„RuPaul’s Drag Race” to konkurs na prawdziwą królową. Najpiękniejszą, najbardziej utalentowaną i błyskotliwą drag queen. Dla dressnormatywnych widzów to także możliwość przyjrzenia się, jak dynamicznie przenikają się tożsamości w ramach jednej osoby. Bo obserwujemy nie tylko przebrane persony, ale także ich codzienne, potoczne wersje, czyli po prostu zwykłych chłopaków z całej Ameryki, którzy kryją się pod półmetrowymi perukami i lśniącym makijażem w wersji glamour. No i oczywiście śledzimy wszystkie emocje, jakie niesie każdy prawdziwy wyścig: radość i rozczarowanie, rywalizację i wzajemną pomoc, śmiech i łzy. I chociaż między rywalizującymi dragami pojawiają się silne uczucia – wszystkie mogą się czuć bezpiecznie pod ochronnym parasolem prowadzącego: You are all fabulous.

Ale drag queens nie są oczywiście żadnym nowym fenomenem kultury. Bo mężczyźni przebierali się za kobiety (i odwrotnie) od zawsze, a crossdressing został uwieczniony na starych fotografiach. W polskim kinie oswoili nas z tym tematem Wojciech Pokora („Poszukiwany, poszukiwana”) czy Ewa Błaszczyk (serial „Zmiennicy”). W amerykańskim choćby genialny Philip Seymour Hoffman („Flawless”), w australijskim wesoła ekipa z „Priscilli, królowej pustyni”. W sieci można znaleźć coś, co ma być polskim odpowiednikiem „RuPaul’s Drag Race” – „Go Drag Królowe Nocy”. Trochę chałupnicze i toporne, bez tego blichtru, jaki zapewniają wielkie pieniądze i klasa prowadzącego (w 2016 i 2017 r. nagroda Emmy w kategorii najlepszy prowadzący reality show) – ale i tak się cieszę. Każda praca na marginesach mainstreamu pomaga integrować inność. A właściwie – co tam integrować – kochać ją pełną gębą! Tak jak to robią fani amerykańskiego show. Tylko zaraz, w Stanach to nie jest żaden margines, tylko sam środeczek alei gwiazd. Jak byłoby u nas?

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy