Latynizacja Polski

Latynizacja Polski

Był rok 1990. Pierwszy w wolnej Polsce ogólnokrajowy zjazd socjologiczny w Toruniu. Dużo optymizmu w wielu wystąpieniach polskich socjologów. I nagle głos z zupełnie innej bajki. Zastanawiająca była teza prof. Adama Przedworskiego, wybitnego socjologa amerykańskiego polskiego pochodzenia. Oto scenariusze dla Polski są różne, nie wszystkie korzystne. Jeden z nich, bardzo prawdopodobny, to jej latynizacja, pójście ścieżką Ameryki Południowej. No i spełniło się. Latynizacja jest faktem. Na czym polega? Po kolei. Model latynoski to biedne państwo bardzo bogatych i bardzo ubogich obywateli. Pierwsi są bogaci właśnie dlatego, że państwo jest biedne (nikt nadzorem i regulacjami nie przeszkadza im w robieniu interesów), a drudzy z tego samego powodu są ubodzy (nikt im nie pomaga, nie próbuje wyciągnąć z biedy). Bardzo słaby poziom usług publicznych. Prywatyzacja wszystkiego, co tylko da się sprywatyzować. Ogromne rozpiętości majątkowe. Czy to nie dzisiejsza Polska? Brakuje nam jedynie prywatnych milicji najbogatszych oraz silnej i wszechobecnej przestępczości. Jest wprawdzie bezpieczniej niż w Brazylii czy Salwadorze, ale poza tym? Osiedla mieszkaniowe za płotami, aby względnie zamożni nie mieszali się z „chamstwem”, wielkie wille za murami i tysiące ludzi ledwo wiążących koniec z końcem. Wszechobecność głupawych telenoweli, pokazujących świat, który nie istnieje, i programów typu talent show, upokarzających aspirujących do sukcesu. Pogarda dla ludzi biednych. Kretyński kult celebrytów. A do tego całkowity upadek usług publicznych. Polska szkoła nigdy nie znajdowała się w tak kiepskiej sytuacji jak dziś. O służbie zdrowia lepiej nie wspominać. Kultura na dnie płacowym. Transport publiczny leży na łopatkach. Trudno się dziwić, że Polacy przestali już wierzyć w państwo i coraz bardziej przesuwają się ku prywatnemu sektorowi usług. Prywatne szkoły. Prywatne szpitale. Prywatna komunikacja. Rozwarstwienie społeczne, choć nie tak wielkie jak w Brazylii czy Argentynie, to wciąż znaczące.

No i mieszkalnictwo. Choć nie mamy jeszcze faweli jak w Rio de Janeiro, niedługo również ich się dorobimy. OK, przesadzam. Ale tylko trochę. Na co bowiem mogą liczyć młodzi ludzie wchodzący w życie? Na wieczne pomieszkiwanie z rodzicami albo na emigrację. Niemądra doktryna neoliberalizmu już u zarania wolnej Polski przesądziła o losie polskich rodzin. Chcesz mieszkania, to sobie je kup, wszak to towar jak każdy inny. Bzdura. Mieszkanie nie jest towarem jak guziki czy pietruszka. Zachód zrozumiał to już dawno (nawet Amerykanie). Ale nie my. A przecież mamy znakomite tradycje rozwiązywania problemów mieszkaniowych. Unikatowe w skali europejskiej, że przypomnę jedynie międzywojenną Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową (odprysk silnego ruchu spółdzielczego w ówczesnej Polsce). Nawet jej marna imitacja w postaci spółdzielni mieszkaniowych PRL miała jakiś sens. Dziś nie ma śladu po tej tradycji. Pozostał nam jedynie wolny rynek, który nie jest wcale tak wolny, jak by się wydawało, wziąwszy pod uwagę dominację wielkich korporacji wykupujących tysiące mieszkań na wynajmem krótkotrwały i faktyczną zmowę cenową deweloperów, notujących skądinąd szokujące zyski (pokażcie mi, państwo, sektor gospodarki z takimi marżami). I co? I nic. Państwo przygląda się temu wszystkiemu z rozbrajającą bezradnością.

PiS trzeba przyznać, że przynajmniej na poziomie teorii dostrzegło problem. Rozwiązać go jednak nie potrafiło, trudno bowiem uznać za rozwiązanie absurdalny pomysł całkowitej deregulacji w sektorze indywidualnego budownictwa domów jednorodzinnych. Platforma Obywatelska do dzisiaj nie wyrzekła się neoliberalnego dziedzictwa, trudno zatem się dziwić, że nie ma żadnego pomysłu na budownictwo mieszkaniowe. W tej sytuacji jedyna nadzieja w lewicy, proponującej utworzenie silnego sektora budownictwa na wynajem, z regulowanymi czynszami, oraz wskrzeszenie autentycznych spółdzielni mieszkaniowych. Tyle tylko, że nie ma ona szans na władzę.

Dlatego z dużą dozą pewności można orzec, że problem mieszkaniowy w Polsce nigdy nie zostanie rozwiązany. Nie bądźmy więc zdziwieni, gdy wzrośnie fala emigracji. Kolejna. Trzydzieści kilka lat po zapoczątkowaniu transformacji. Wstyd. A przecież nie trzeba było zbyt wielkiej wiedzy ani wyobraźni, aby zorientować się już na początku transformacji, że wolnorynkowy model gospodarki jest znakomity w wielu jej sektorach, ale nie we wszystkich. Nie można zatem tej sytuacji wytłumaczyć niczym innym jak tylko ideologicznym zaślepieniem naszych reformatorów, którzy naiwnie wierzyli, że wolny rynek jest lekarstwem na wszystko. Teraz odbija się nam ono czkawką.

 

Wydanie: 31/2022

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy