Na manowcach

Na manowcach

Prokuratura białostocka zarzuca Aleksandrze Jakubowskiej ni mniej, ni więcej sfałszowanie projektu ustawy o zmianie ustawy dotyczącej telewizji i radiofonii. Żeby przewidzieć wynik tego śledztwa, trzeba by wiedzieć, do jakiej partii należą lub z jaką sympatyzują białostoccy prokuratorzy; niestety, tej najważniejszej informacji media nie podają. Dowiemy się tego po zakończeniu śledztwa. Gdy okazało się, że istnieją dokumenty świadczące, że Jakubowska nie postępowała wbrew postanowieniom rządu, podejrzeniami objęto również te dokumenty. „Sfałszowanie”, „podrobienie rządowego dokumentu” itp. ciężkie zarzuty – a co się działo w rzeczywistości? Redagowano pod presją różnych grup interesów projekt ustawy, który długo nie mógł stać się nawet projektem, a gdy wreszcie stał się zaledwie projektem, został wyrzucony do kosza. I teraz ten papier rządowy przemieniony w śmieć okazuje się taki ważny, że po całej Polsce trzeba było szukać odpowiedniej prokuratury (padło na białostocką), która dawałaby rękojmię poważnego potraktowania tej bzdury i zakończenia śledztwa po myśli posłów Ziobry, Rokity, Nałęcza i kto tam jeszcze należy do tego towarzystwa nietrzymającego władzy i niepozwalającego w miarę możliwości nikomu trzymać.
Badanie prokuratorskie, czy odrzucony projekt ustawy był redagowany prawidłowo i kto jest odpowiedzialny za wypadnięcie z tekstu słów „lub czasopisma”, robi wrażenie niesłychanego rygoryzmu prawnego panującego w Polsce, niesłychanej rzetelności w podejściu do procesu legislacyjnego już w samych jego początkach, gdy rząd sam jeszcze nie wie, co jest możliwe z tego, czego chce, i gdy ma prawo się wahać. I w tej samej Polsce, w tym samym czasie Sejm uchwala, a prezydent podpisuje ustawę, która jest zaprzeczeniem prawa, która „łamie zasadę stabilności prawa”, zasadę cywilizacyjną i konstytucyjną, „łamie obowiązującą w krajach cywilizowanych od czasów oświecenia regułę, że prawo nie działa wstecz” (prof. Zbigniew Hołda, według „Rzeczpospolitej”, 19 lipca). Ustawa ta oburzyła prawników, ponieważ została przyjęta w tym celu, aby wpłynąć na wyrok sądu w już toczącym się procesie. Inicjatorami tej skandalicznej ustawy są posłowie partii nazywającej się Prawo i Sprawiedliwość. Już wiemy, jakie prawo i jaka sprawiedliwość zapanuje pod ich rządami. Jeżeli będą wystarczająco głośno krzyczeć i tupać, nikt im się nie oprze, skoro już teraz nie potrafił się im przeciwstawić prezydent, skądinąd strażnik konstytucji.
Jak gdyby mało było posłom bezprawia, dodali jeszcze cynizm. Autorzy projektu napisali otwarcie w uzasadnieniu, że intencją ustawy jest pogorszenie sytuacji podsądnych w toczącym się procesie FOZZ. Według prof. Hołdy i innych autorytetów prawniczych, „zawsze, kiedy dochodziło do zmian w prawie, stosowało się ustawę korzystniejszą dla sprawcy, tym razem taką możliwość wyłączono. Nawet w PRL obowiązywała taka zasada i była stosowana”. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje tego łżeprawa, to skarga na nie zostanie prędzej lub później złożona do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Kontrast między prokuratorskim dochodzeniem w sprawie słów „lub czasopisma”, które nie wiadomo z czyjej winy lub zasługi zniknęły z bezużytecznego projektu, a uchwaloną i podpisaną przez prezydenta ustawą łamiącą zasadę stabilności prawa i naruszającą konstytucję, jest pozorny. W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z instrumentalnym i barbarzyńskim podejściem do prawa.

*

O sprawie Szymona Morela pisałem w „Przeglądzie” przed paru laty ze dwa albo trzy razy. W opinii publicznej Morel najwięcej zaszkodził sobie tym, że nie napisał książki i nie wyprodukował filmu zakazanego przez władze PRL. Dlatego jego przypadek skupiający w sobie wiele interesujących treści moralnych, historycznych i politycznych nie przyciągnął życzliwej uwagi mediów. Ponowne odrzucenie przez władze Izraela polskiego wniosku o ekstradycję zamyka sprawę w płaszczyźnie formalno-prawnej, ale – taką przynajmniej mam nadzieję – otwiera dyskusję na temat, co chciał polski rząd powiedzieć światu, żądając od Izraela ekstradycji Żyda ocalałego z Holocaustu i wiedząc z góry, że będzie to bezskuteczne.
Morel został oskarżony m.in. o udział w ludobójstwie. Polskie nadzwyczajne władze sądownicze, a także różni mściciele prywatni i partyjni szermują kategorią ludobójstwa w sposób cyniczny i złośliwy, najczęściej nie wiedząc, co ona znaczy i do czego się stosuje. W eksterminacji jakiegoż to ludu brał udział Szymon Morel? Jeżeli się występuje z oskarżeniami w stosunkach międzynarodowych, to trzeba używać pojęć tak, jak są one powszechnie rozumiane. Świat nie da sobie narzucić języka polskich demagogów i nie będzie sądził ludzi według polskich praw, ciągle nowelizowanych w celu karania z góry upatrzonych ofiar.
Morelowi zarzuca się, że będąc komendantem obozu internowania dla Niemców i kolaborantów na Śląsku (objął stanowisko, gdy jeszcze trwała wojna, miesiąc wcześniej Anglicy spalili Drezno wraz z ludnością), okrutnie obchodził się z więźniami. Zarzuca mu się, że śród więźniów byli niewinni Ślązacy, chociaż on sobie więźniów nie dobierał. Najbliższa rodzina Szymona Morela została zamordowana w czasie wojny. Czy mógł powściągnąć chęć zemsty? Gdyby był święty, toby mógł, ale jakoś świętych wtedy nie było i teraz nie ma. Teraz zemsta została podniesiona do poziomu patriotycznej powinności. Instytut Pamięci Narodowej innego celu niż zemsta na przegranych nie ma. Dziś zemście oddają się ludzie, którym nikt nie zrobił krzywdy. To idealiści odwetu.
Sprawę obozu w Świętochłowicach wyciągnięto w tym celu, aby dać Niemcom satysfakcję, iż nad ich cierpieniem po wojnie Polacy nie przechodzą obojętnie. Polska miała się uwiarygodnić jako strona w pojednaniu się obu narodów. Żyd Morel został ofiarą tego pojednania.

 

Wydanie: 30/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy